piątek, 30 stycznia 2015

Weź pigułkę, zobaczysz...

Będziesz chudszy/młodszy/piękniejszy/szczęśliwszy/zdrowszy , jednym słowem będziesz jak młody Bóg. Nie da się ukryć, że Polacy w całkiem pokaźnej (niestety) części, są narodem hipochondryków. Przeciętna apteczka w polskim domu pęka w szwach od tabletek, syropów i maści na bóle poszczególnych organów. Na przeziębienie, na jego początek, koniec czy też samo podejrzenie. Na obiad u babci. Na pamięć . Na myślenie. Na nerwa. Na przed. Na po. Na w trakcie. 
Każda z reklam o tematyce bliżej lub dalej medycznej zapewnia, że to właśnie TEN produkt jest, tym czego naprawdę potrzebujemy. Że po jednej tabletce cudownie ozdrowiejemy i nasz chłop nie będzie musiał przejmować żadnych domowych obowiązków (bo co za potwarz!). Że po miesiącu kuracji nowatorskimi tabletkami dzień - noc, będziemy wiotkie jak ta młoda trzcinka nad jeziorem. Że jedna mała pigułeczka idealnie zastąpi nam kawałek czekolady (brr!).  Słowem, koncerny farmaceutyczne mają lekarstwo na wszelakie, mniej lub bardziej wstydliwe ludzkie bolączki i to na dodatek w nadzwyczaj wygodnej i ekspresowej formie. Dodatkowo cały ten lekomański młyn nierzadko napędzają nasi kochani lekarze, ładując w pacjentów całą litanię leków przy zwykłym przeziębieniu. 
O ile natłok specyfików dla osób dorosłych nie jest dla mnie jakoś specjalnie drażniący (wszak każdy swój rozum ma i panem własnego organizmu jest) to rozliczne specyfiki dla maluchów budzą już moją wątpliwość. I to sporą. Nie, nie jestem całkowitym przeciwnikiem leków okołodzieciowych, sama mam od jakiegoś czasu pod ręką zestaw obowiązkowy pod postacią Nurofenu i Dentinoxu. Ale syropek na sen? Na apetyt? Na obniżenie masy ciała?! No ludzie. Jak widać koncerny lekoproducyjne nie mają już litości dla żadnej grupy wiekowej. Wiadomo, każda matka chce dla swojego dziecka jak najlepiej. I każda to "dobro" pojmuje na swój własny sposób. Dzieć lubi Hepimila ? No problem, w końcu teraz Maków jak psów. A i obiadu nie trzeba gotować. I zabaweczkę jeszcze nawet dostanie, no bajka po prostu. Aż tu nagle przychodzi czas bilansu wzrostowo-wagowego i okazuje się, że naszej kilkuletniej dzieciny jest ciut za dużo jak na ten wiek. Więc chwila zastanowienia. Co robić, co zmienić? Wszak dziecku się nie odmawia, a i chęci do zmian trochę brak. Ot i mamy złoty środek - łyżeczka syropku załatwi nam sprawę. Zgroza. 
Po całym dniu roboty wracasz zmęczona/y do domu. Jedyne o czym marzysz to dres, pilocik/laptopik i ewentualny łyk winka dla relaksu. A tu masz co los, kolejną noc z rzędu Twój dzieć ani myśli zasnąć. Mało tego, nie skutkują nawet profesjonalne, prousypiające bajki czy też inne audiousypiacze. Czas mija, fantazje o gorącym prysznicu i kolejnym odcinku Chirurgów pękają z głośnym brzękiem. Aż tu nagle...Eureka!
Syropek wybawiciel. 
Z pewnością producenci wspomnianych produktów znakomicie wiedzieli, że uderzają w grupę docelową, która jest podatna na rzeczy mogące dać choć chwilę wytchnienia/ułatwienia od okołodzieciowej codzienności. Sama mam momentami chęć po prostu wyjść i nie wrócić. Bo człowiek ma  dość kilkugodzinnych prób uśpienia dziecka, które zresztą często polegają. Nie wie już, jak ulżyć ząbkującej dziecinie, której ryk odbija się już echem w obolałej, rodzicielskiej łepetynie. Z lekkim obłędem w oku podaje kolejną warzywną kombinację, z nadzieją, że może tym razem trafi w dzieciowe gusta.  Ale cóż... trzy głębokie wdechy, czasem jakaś łezka bezsilności i jazda dalej. Choćby za cenę rozdziabanego kręgosłupa, zaświntuszonej marchewką garderoby i braku miejsca w łóżku własnym. 
Nie wyobrażam sobie faszerowania dziecia własnego specyfikami typu wymienionego powyżej. Uważam, że w dobie panującej w społeczeństwie lekomanii wręcz powinniśmy unikać przyzwyczajania dziecka (i siebie przy okazji) do takich faramceutycznych rozwiązań. Owszem, gotowanie logicznie zbilansowanych posiłków zajmuje więcej czasu niż szybka pizza na mieście, a spokojna noc wymaga czasem wielu poświęceń,  z miejscem do spania włącznie, ale... lepiej zapobiegać niż leczyć, lepiej poświęcić ciut więcej czasu niż bezmyślnie faszerować potomstwo i tak wszechobecną już chemią.





Pozdrawiamy,
P&J

3 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o mnie to jestem wielkim przeciwnikiem leków, a lekarzy staram się unikać. Synkowi też staram się nie podawać niepotrzebnych leków, ale z ząbkowaniem uległam. Próbowałam wszystkiego, pomogły dopiero kuleczki na ząbkowanie. Najważniejsze żeby nie przesadzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ząbkowanie to zupełnie inna sprawa - tutaj często gęsto bez farmaceutyków po prostu sobie nie damy rady, szczególnie jeśli na tapetę wchodzi nam gorączka. Aczkolwiek zgadzam się - umiar, umiar przede wszystkim :)

      Usuń
  2. Ja też uważam, że należy podawać dzieciom jak najmniej leków, oprócz tych które w chorobie są rzeczywiście konieczne.

    OdpowiedzUsuń