A zwykle wygląda to tak... Rodzimy dziecię płci żeńskiej. Dziecię rośnie. I rośnie. I jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, przy płci pierworodnej pozostaje. I ta oto płeć odkrywa nagle zasoby łazienkowo - kosmetyczne swojej rodzicielki. I cichaczem (początkowo), a później już całkiem oficjalnie zasoby te zaczyna wypróbowywać na skórze własnej. Skutki są różne - bardziej lub mniej malownicze. A później rola się odwraca. Matka gubi się gdzieś w gąszczu marketingowych chwytów producentów kosmetycznych i zaczyna opierać się na tym, co dziecię ma we własnym już kosmetycznym zasobniku...I tak oto urodowa przygoda kołem się toczy.