sobota, 14 listopada 2015

Uwaga, żłobing!

W życiu każdej matki (a przynajmniej znakomitej większości matkowej społeczności) nadchodzi czas, kiedy to nieprzyzwoicie wczesnoporanny budzik przestaje wiązać się wyłącznie z donośnym alarmem dziecięcia w zakresie przymierania głodem tu i teraz. Po sielankowym (gorzki śmiech) macierzyńskim przychodzi pora na przestawienie się na tryb pracowy, a przy okazji zamontowaniu sobie w szanownych czterech literach dodatkowego motorka, co by ogarnąć potomstwo, zagrodę oraz obowiązki pracownicze w niespełna 24h.
Bez wątpienia w tym całym zamieszaniu niezbędna Nam jest pomoc (i tym razem nie mówię tu o psychiatrze, chociaż…) wszak musimy znaleźć odpowiedni nadzór dla naszego hiperrozwojowego Szczęścia. Może być to kochająca babcia (opcja dla szczęściarzy). Można też zaprosić w domowe pielesze ciocię/babcię pozarodzinną czyli nianię (wszak nie każda opiekunka jest bohaterką tvn-owskiego serialu. Chyba.). Opcją ostatnią, acz wcale nie gorszą jest decyzja o podjęciu działań wysokosocjalizacyjnych i wysłaniu dzieciny do żłobka. I właśnie ta opcja funkcjonuje u Nas od września, a przyjęta została z niemałym entuzjazmem ze strony Pierworodnej.
Zacznijmy jednak od początku. Fakt żłobkingu był u Nas założony w zasadzie od pierwszych miesięcy istnienia Pulpetowej. W związku z owym planem systematycznie podejmowaliśmy więc kroki ku temu, by uniknąć histerycznych rozstań, pękającego serca oraz wyskakiwania ze żłobka w stylu najwytrawniejszych ninja. Przede wszystkim utrwalaliśmy w dziecinie przekonanie, że owszem, że istnieją inne fajne osoby poza mamą i tatą. A to popołudnie z babcią. A to godzinka u cioci. A to popołudnie u znajomych. Stopniowo czas ten wydłużaliśmy, aż do pełnych 3 dni wyłącznie pod czułą opieką dziadków. W efekcie dziecina znakomicie nauczyła się adaptować do faktu przebywania z innymi osobami, a nieobecność rodziców nie robi na niej większego wrażenia (w przeciwieństwie do rodziców, którzy to z utęsknieniem na dziecinę się rzucają).
Innym aspektem,który utwierdził Nas w przekonaniu, że oto czas puścić dziecia do ludzi była obserwacja Potomkini w warunkach naturalnych (czytaj wśród innych dzieci). Plac zabaw? Do boju. Poczekalnia w przychodni – bosko! Nieopisana wręcz euforia Pulpetowej w otoczeniu  innych maluchów pokazała, że bez problemu odnajdzie się w żłobkującym towarzystwie.  I tak też się stało, o czym na bieżąco informuje mnie Niemąż ( ot, uroki żłobkowego monitoringu,tudzież hiperciekawskiego ojcowania).
Nieodłącznie z decyzją o żłobkingu łączy się też zdecydowany wzrost niepokoju u rodziców. Wszak tyle już o żłobkach było. A to dzieci maltretowane. A to opiekunki nieodpowiedzialne. Et cetera,et cetera… Nie ma co jednak demonizować tych instytucji, od każdej reguły znajdzie się przecież wyjątek. A reguła jest taka, że żłobek dla dziecka jest naprawdę opcją znakomitą. Nauczy współpracy. Nauczy samodzielności i rozwinie naturalną ciekawość świata. Do różnorodności konsumpcyjnej też zachęci (do tej pory takie buraki na przykład były moją macierzyńską porażką). Uodporni na choroby (to akurat z czasem, dłuuugim czasem ale jednak). Aż wreszcie nauczy Nas, rodziców większej szczodrości w zakresie kredytów zaufania względem innych osób sprawujących opiekę nad tymi Najważniejszymi. O lekkim stęsknieniu i korzyściach z tego płynących już nie wspomnę…












A konkretnej (w końcu) urody zdjęcia 
zapewnił dziś Wam 
właśnie nasz żłobek :)


Pozdrawiamy,

P & żłobkowicz J

wtorek, 3 listopada 2015

Daleko od noszy, od noszy najdaaalej....

Czyli słów kilka o bliskich spotkaniach z publiczną służbą tzw. zdrowia. Ale od początku...
Zaczęło się całkiem niewinnie - od kataru. Ot, niewinny katarek, który notorycznie łączy się u Nas ze szturmującym co i rusz Pulpetową paszczę ząbkowaniem. Szybki przegląd - jedzenie, picie, spanie otrzymał ocenę bardzo dobrą, w związku z czym postanowiliśmy pozostać przy udrażniania odpowiednich otworów u dzieciny i cierpliwie przeczekać kolejne kiełkowanie. Jednakże tym razem dziecięcy organizm postanowił spłatać Nam niemałego figla i w związku  z figlem owym pewne sobotnie, całkiem niedawne nawet popołudnie spędziliśmy w doborowym towarzystwie 40-stopniowej gorączki, bladego strachu w oczach i różnorodnych przedstawicieli służby zdrowia.
I tu dopiero rozpoczęły się prawdziwe atrakcje, które poziomem adrenaliny nie ustępowały nawet największym amerykańskim rollercoaster`om.

Akt I - Pogotowie
Zdecydowanie jest to akt najkrótszy. I na dodatek nic nie wnoszący, oprócz twardej decyzji o unikaniu tej placówki jak najszerszym łukiem. A przy okazji chciałabym przeprosić dyżurującą wówczas pediatrę, że naruszyliśmy jej sielankowy dyżur i popołudniową kawę durnymi obawami o swoje słaniające się dziecko.

Akt II - Szpital
I to nie byle jaki, bo dziecięcy. Czyli w sumie jakby dobry być powinien i w ogóle. Szybka sprawa na izbie przyjęć i ciach - w końcu ktoś wpadł na to, żeby dziecinie zbić oporną na domowe sposoby gorączkę. Mało tego, dyżurująca tu pediatra okazała się być kobietą konkretną, sensowną, a na dodatek nadzwyczaj szybką w swej diagnozie, która to brzmiała ni mniej ni więcej jak - ostre ropne zapalnie ucha środkowego. Dla Nas, czapkomaniaków i uszochronów rzecz wręcz nieprawdopodobna. Jak się później okazało katar, który tak niewinnie przytykał co i raz dziecinę tym razem popłynął nie tam gdzie potrzeba. A później to już poszło, zdarza się, nie brać do siebie, nie bić się w piersi za zaniedbanie potomstwa. Po prostu bywa, a w tym wieku to już w ogóle, złoty standard.
Dalej poszło już z górki. Kroplówka, nerwowe pomiary temperatury, wahania pomiędzy domem a pobytem na oddziale. Suma summarum stanęło na tym drugim, dla asekuracji. 

Akt III - Oddział
Początek był całkiem niezły - osobna sala, dziecina zdrowiejąca w oczach i nadzieja, że w zasadzie może wyjdziemy wcześniej niż pani doktor założyła. Personel pominę milczeniem, chociaż i on miał uprzejmości i braku pretensji o wszystko i jeszcze więcej. Bo przecież jak można jakieś pytania zadawać. Albo talerza nie odnieść. Albo nie daj Boże nie powiadomić, że dziecko za przeproszeniem rzyga jak kot pół nocy i w związku z tym śniadania jeść nie będzie, a Ona już tu talerz przyniosła i teraz musi go ODNIEŚĆ. O beztroskim dziabaniu dzieciny w ramach pobrania krwi nie wspomnę. Smaczków było wiele, a szalejący po oddziale wirus skłonił Nas do wypisania się na własne życzenie, co okazało się być zbawienne dla psychiki Pulpecika jak i styranych psychicznie służbą (buahaha) zdrowia rodziców.

Akt IV - Dom
Jak powszechnie wiadomo, wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. I w zasadzie wiele tutaj dodawać nie trzeba, chociaż Pierworodna spędziła w Nim całe dwa, dodatkowe tygodnie. A to wylazło uczulenie na antybiotyk i dziecina przybrała modny wzór różowej panterki. A to laryngolog jeszcze krople przepisał. Etc., etc...
W podsumowaniu mogę powiedzieć tylko jedno - dzięki Bogu, że na blond włosach siwizny nie widać, bo w innym przypadku, dzięki przebytym przebojom, prezentowałabym już na głowie prześlicznego gołąbka. 

Akt V - ...
Tak, znów idą Nam zęby...


Cóż, cóż...

Pozdrawiamy, 
P&J

piątek, 30 października 2015

Like a feeenix...

Być może nie z popiołów, a z remontowo - przeprowadzkowych kurzów. Być może nie z przytupem, ale ze szczerą chęcią powrotu w blogowy światek.Wracamy. 
Przyznam się Wam bez bicia, że sprawa powrotowa wyglądała mniej więcej tak, jak matczyne przechodzenie na dietę. Od jutra. Od poniedziałku. Od nowego miesiąca. Od święty nigdy. I chciałoby się i nie chce się. Stąd też matka postanowiła zakasać rękawy, sprzedać autokopa w osobisty tyłek i wrócić w progi Pulpetowa.
Oczywiście, sama awaria systemu motywacyjnego nie była jedynym powodem, dla którego blogowanie odeszło na zdecydowanie daleki plan. Powiem Wam więcej - działo się u Nas, oj działo. Dla tych wyjątkowo stęsknionych pozostawała czysto fotograficzna relacja na Fb oraz Insta, gdzie dawałam co jakiś czas znać, że owszem, że żyjemy i że Pulpecik ma się znakomicie (choć i tutaj nastąpiło niedawno solidne zawirowanie, o czym wkrótce Wam opowiem).
Mówią, że najtrudniej jest zacząć. Z mojej perspektywy jednak jeszcze trudniejszym zadaniem jest rozpoczęcie powtórne. Niemniej jednak pierwsze kroki zostały już podjęte, tematy na posty wirują gdzieś po głowie, a matczyna motywacja do tworzenia przedstawia się na poziomie co najmniej zadowalającym. 
Więc... stay tunned drogi Czytelniku, bo rozpoczynamy całkiem nowy sezon Pulpetowa....:)

Ściskamy, całujemy oraz kłaniamy się przepraszająco wszystkim tęskniącym,
oczekującym
oraz wątpiącym :)

P&J

piątek, 3 lipca 2015

Przepraszam, balonik mnie uleciał...

Wiecie co, opowiem Wam pewną historię. Historię, która rozpoczęła się dokładnie rok temu na pewnej polskiej porodówce, a mimo to zawiera w sobie całkiem konkretny pierwiastek amerykański. Opowiem Wam o moim własnym Dniu Niepodległości.
Cała historia miała swój początek już 3 lipca. Wówczas to trafiłam na położniczy celem aplikacji magicznego balonika. Balonik ów miał być jasnym i wyraźnym sygnałem dla dziecięcia kotłującego się jeszcze w brzuchu, że ot miło było, ale czas najwyższy pojawić się na tym łez padole. Wszak nie wypada dobrze wychowanej dziewczynce męczyć matki tydzień po pierwotnym terminie Wielkiego Wybuchu. Pertraktacje trwały dobre kilka godzin. Przemiła Pani położna opisała mi dokładnie rozrywki dnia następnego i w związku z tym zaleciła solidny nocny wypoczynek. Przemęczona już lekko ja poturlałam się więc na miliardową pielgrzymkę do pobliskiej toalety, w myślach snując sobie różnorodne scenariusze finałowego starcia z osławionymi skurczami porodowymi. Reżyserkę ową przerwało jednak niespodziewane pojawienie się wspomnianego już balonika. Nie myśląc zbyt wiele wzięłam toto w dłoń i podreptałam do położnych, komunikując obrazowo iż oto, balonik mi uleciał. I tak to się właśnie zaczęło...
Szybki sms do Niemęża. Krótka pogawędka o życiu z położną. I do dzieła. Początkowo nie planowałam, by w tej ostatniej batalii towarzyszył mi chłop własny. Sytuacja jednak zweryfikowała plany i suma summarum poprosiłam o wyproszenie go dopiero, kiedy zacznie robić się niesmacznie. Życzenie zostało spełnione i następnym razem zobaczyliśmy się już we trójkę. Dokładnie o 1.05, dnia 4 lipca 2014. Pierwsze chwile z Pierworodną na piersi do dziś są dla mnie totalną abstrakcją. Nie byłam w stanie pojąć, że to już, że jesteśmy w końcu razem. Że od tej pory będę miała motyle w brzuchu za każdym razem kiedy na nią spojrzę. Że moje serce będzie w stanie nieustających palpitacji. Że dla dobrostanu tego tobołka będę w stanie zrobić wszystko, łącznie z najokrutniejszym morderstwem w razie potrzeby. Że zaleje mnie fala tak bezgranicznego uwielbienia i miłości, że wszystkie tęcze i stada jednorożców to przy tym pikuś.
O tym, jak było dalej mogliście poczytać już wcześniej, w związku z czym przejdę od razu do sedna. 
Dzisiejszej nocy moja Potomkini kończy rok. Rok ten był czasem bezwzględnie wspaniałym, chociaż nie ukrywam, że momentami wahałam się gdzieś na skraju depresji. Był to rok, który pozwolił na coś najpiękniejszego na świecie - na obserwację rozwoju małego człowieka, którego wcześniej nosiłam pod swoim sercem. Doświadczenia tego nie da się przyrównać do niczego innego. Mój maleńki tobołeczek nie wiadomo kiedy stał się całkiem pokaźną dziewczynką, która poznaje świat na wszelkie możliwe sposoby. Która notorycznie budzi moje wyrzuty sumienia, kiedy po raz kolejny niefortunnie spotka się z nieprzyjazną powierzchnią. Która dziś właśnie po raz pierwszy podzieliła się ze mną osobistym waflem ryżowym, dosadnie wpychając mi go do ust. Która każdego dnia utwierdza mnie w przekonaniu, że miłość bezwarunkowa istnieje i ma się dobrze....



Wszystkiego najpiękniejszego córeńko.
Kocham Cię bezgranicznie.
Mama.



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Pan zdanża, Pani zdanża...

Na przestrzeni ostatnich dni przez internety przetoczyła się niczym najwytrawniejsze tsunami fala bulwersu i krytyki pod adresem kampanii wysuniętej przez Fundację Mamy i Taty a przestrzegający młode damy przed przedkładaniem jakichkolwiek dóbr materialnych ponad macierzyństwo, tudzież odkładaniem tej roli na święty nigdy. Cyberświat zawrzał, a twórców kampanii najchętniej spalono by na stosie. Owszem, z treścią zapoznałam się i ja. Bo jak nie zwrócić uwagi na spot, który wyskakuje Ci zza każdego internetowego rogu. Do znudzenia. Przede wszystkim chciałam pogratulować pomysłodawcy. Głównym celem każdej społecznej kampanii jest uzyskanie jak największego grona odbiorców i tu cel został osiągnięty w 150 procentach. Temat drażliwy, spot lekko narzucający pewne kwestie. W kwestii tej kampanii interweniowała sama Pani Pełnomocnik Rządu do spraw równego traktowania, która stwierdziła, że narusza ona poszanowanie godności i prawa człowieka. I to się nazywa działalność z przytupem, skoro nawet na wyżyny rządowe dało się dotrzeć. 
Zacznijmy od tego, że żyjemy w kraju poniekąd demokratycznym. Znaczy się mamy możliwość wyboru (poniekąd znów) w wielu tematach, również w kwestii tego, jak wyglądać będzie Nasz model rodziny. Jeżeli chcemy, by pojawiły się w Naszym żywocie małe puchate niemowlaki - ok. Jeżeli chcemy się realizować zawodowo, stawiając siebie (i chłopa ewentualnie czasem) na niezmiennie pierwszym miejscu - okejka jest również. Bo nie ma nic gorszego, niż włażenie komuś z buciorami w życie. O sypialni już nawet nie wspominając. Dodatkowo najgorszym tłumaczeniem faktu posiadania dziecka jest argument "bo już czas/bo wypada". Lepiej nie mieć dzieci, niż miałyby one czuć się przez całe życie jak zbędny mebel, który notorycznie zawadza na drodze.
Warunki ekonomiczne w Naszej pięknej Ojczyźnie również nie zachęcają do wzmożonej prokreacji. Nie ukrywajmy - nowy członek rodziny, pomimo swoich rozmiarów dość niepokaźnych (przynajmniej w początkowej fazie bytowania) jest sporą rubryczką w rozpisce domowego budżetu. Dlatego też fakt zwlekania z macierzyństwem nie raz i nie dwa podyktowany jest czystą (i dobrą!) chęcią zapewnienia rodzinie egzystencji na zadowalającym poziomie, bez comiesięcznego lęku o to, czy aby na pewno wyrobimy się do pierwszego, czy też od razu przygotować się na karne odsetki od banku i komornika pod wrotami do Naszego królestwa. 
Całe te stresy w kwestiach materialnych nie pozostają również obojętne dla ludzkiej fizyczności. Szlachetne zdrowie zaczyna tracić na wartości, a co za tym idzie tematy prokreacyjne idą albo w odstawkę, albo też, pomimo starań nie dają wymiernych efektów. I tym oto sposobem, chociaż pieniążki na koncie mówią już "tak, tak chodźmy po pierdyliard tych uroczych bodziaków" a w naszym podkredytowanym penthousie bez problemu znajdujemy miejsce na wybajerzona kołyskę, to biologia pokazuje wówczas przysłowiowego wała. I co zrobisz? A osławiony zegar tyka, media trąbią, a Ty masz już wyszczerbione zęby od notorycznych zapytań rodziny o wnuczkę, kuzynkę, cioteczną siostrę brata siostrzenicy Twojego męża itd, itd...
Przy temacie macierzyństwa, nie można również zapominać, że do tanga zwykle trzeba dwojga. I to płci zgoła odmiennych. Do tej pory słyszałam tylko o jednym niepokalanym poczęciu i pomimo tak znakomitego rozwoju technologii jakoś nie ma widoków na powtórkę. Bo zdarza się tak, że to właśnie mężczyzna jest odpowiedzialny za brak tupotu małych nóżek w domu. Bo to jeszcze nie czas/ bo się boi/ bo nie ma ochoty/ bo księżyc nie w tej fazie co powinien. A jednak dobrze by było, żeby potomstwo kojarzyło dom z miłością i ciepłem ze strony obojga rodziców. Tak przynajmniej myślę sobie ja.
Kiedy dowiedziałam się, że oto za kilka miesięcy pojawi się na świecie owoc namiętności moich i Niemęża akurat rozpoczęłam pracę. Pierwszą pracę. Pracę, w której chcesz dać z siebie 200 procent. Chcesz błysnąć. Doświadczyć wspinaczki po zawodowej karierze. Żeby nie było za nudno w czasie weekendów postanowiłam spróbować wówczas sił na wymarzonej podyplomówce. Po wyczytaniu nazwiska własnego na liście przyjętych mało nie wbiłam się głową do sąsiada, w ramach wyskoków niepohamowanej radości. Dziecko? Jakie dziecko? Jeszcze chwilka, jeszcze momencik. Poukładam sobie, porozwijam się i dopiero. Los zadecydował inaczej i zesłał mi osobistego Przecinka, który wyewoluował w najpiękniejszą Bubę na świecie. A sytuacja, która tak przeraziła w pierwszej chwili ułożyła się w bujanej już hormonami ciążowymi łepetynie i pozwoliła na nieskalaną radość z małego człowieka w dryfującego gdzieś w otchłani matkowego brzucha.
Zdążyłam zdobyć doświadczenie. Zdążyłam zrobić podyplomówkę. Zdążyłam przeżyć piekielne bóle na porodówce. Zdążyłam pokochać maleństwo całym sercem i jego okolicami. Nie zdążyłam jendak zapomnieć o własnych marzeniach i wcielaniu ich w życie.
Podsumowując dzisiejszy wątek z cyklu "matka filozofuje" przypominam o staropolskiej prawdzie, która to mówi iż każdy orze jak może. A ocenę żywota ludzkiego zostawmy pewnej wysoko postawionej instancji o czysto niebiańskim charakterze.

źródło hitu: internety


Pozdrawiam,
P.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

11!

Jak łatwo zauważyć wielkimi krokami zbliżamy się do sedna sprawy. Każdy kolejny miesiąc ulatnia się coraz to szybciej, przybliżając Nas do mety pierwszego wspólnego roku. Otrzepawszy się więc lekko z remontowego pyłu przybywam do Was z delikatnie przesuniętym, aczkolwiek nie tracącym na swej wartości bilansie Pulpetowej jedenastki.
Rzecz pierwsza - Pulpet Wędrowniczek. Dziecina płynnie przeszła od dumnego stania gdziekolwiek tylko się dało do notorycznego dreptania wzdłuż każdej dłuższej powierzchni, która daje w miarę stabilne podparcie. Chociaż te niestabilne w grę (niestety) wchodzą również i tu zwykle wkracza matka, tuląc osobistą syrenę alarmową po kolejnej nieudanej próbie ruszenia w świat z takim przykładowo krzesłem w dłoni. Jakby tego było mało dziecina podjęła (a w zasadzie w podejmowaniu trwa) próby się puszczania. Jakkolwiek by to nie brzmiało. Próby zwykle zakończone klapnięciem na amortyzacyjnego pampersa, aczkolwiek zupełnie nie wywołujące urazu do tej czynności. Z każdym dniem owe stanie samodzielnie wydłuża się o kilka sekund, od czasu do czasu wzbogacone o ochocze okrzyki, ewentualnie bicie braw samej sobie. Taki autoaplauz Pulpecina funduje sobie również zwykle po udanych manipulacjach klockami/ułożeniu wieży z kilku elementów/miliardowemu przyciśnięciu grającego guzika w zabawce. A najlepiej w kilku zabawkach naraz, co daje przeuroczą kakofonię melodyjek, wyżerających resztki wymaltretowanego matkowego mózgu. Jak widać dzieci psychologów mają pewne rzeczy w genach, z pozytywnym wzmacnianiem włącznie...
Nie daj jednak Bóg, że na Pulpetowej trasie pojawi się przedmiot utrudniający przemieszczanie. Ewentualnie coś, co potrzebuje już tu i teraz, pomimo tego że jeszcze sekundę temu przedmiot był zupełnie ignorowany i został nieświadomie przełożony w miejsce ciut trudniej dostępne dla małych łapek. W takiej sytuacji w oczach dzieciny pojawiają się piekielne ognie, skóra przybiera niebezpiecznie buraczanego kolorytu, a z głębi dziecięcego jestestwa rozlega się wrzask, stawiający na nogi pół osiedla. Ekspresja emocji (na szczęście pozytywnych również) osiągnęła level ekspert. Nic tylko czekać na wyprawy do sklepu, pierwszą tak bardzo niezbędną miliardową zabawkę i pełne współczucia/potępienia spojrzenia innych klientów, rzucane ukradkiem ponad histeryzującą na posadzce Pulpetową. 
Zmiany nastąpiły również w temacie reagowania na osoby spoza grona domowników. O ile wcześniej nie było żadnego problemu z pojawianiem się gości w domu, teraz sprawa ma się całkiem inaczej. Najważniejsze wówczas jest, by pod ręką była matka, w której to ramionach można się spokojnie powstydzić i ukryć. Po jakimś czasie wstydy jednak odchodzą w niebyt i dziecina rączo rusza ku nowym postaciom, zaczepiając  je na wszelkie możliwe sposoby.
Cała ta intensywność dzienna przekłada się zwykle na w miarę spokojne noce. Zwykle. Bo czasem dziecina obudzi się pełna werwy już po dwóch godzinach. Ewentualnie zrobi pobudkę w okolicach nieboskiej piątej nad ranem. Najczęściej w niedzielę. Jak widać dziecina niewiele robi sobie z faktu, żeby dzień święty święcić i w ogóle siódmego dnia odpocząć. Pocieszam się faktem, że jeszcze tylko kilka lat i to wojskowe czysto budzenie przekształci się w rozleniwione odsypianie całego tygodnia do godzin nieprzyzwoicie południowych. A przecież czas tak szybko leci...
Pozostając w temacie spania - stało się. W końcu. Dziecko ujawniło kolejne geny odziedziczone po mamusi i w ramach genów tych właśnie zaczęło sypiać w najróżniejszych powyginanych pozycjach. Notorycznie się rozkopując oczywiście. O zajmowanych hektarach w łóżku już nawet nie wspomnę. Ale jest! Jest kolejna z tak nielicznych rzeczy po matce <łezka wzruszenia>.
Tak oto wyglądała mniej więcej Nasza jedenastka. Z dnia na dzień dzieć dorośleje, ewoluuje z niemowlaka w hiperżywotną dziewczynkę, którą zapewne na żłobkowe spacery będą wyprowadzać na smyczy, w ramach prewencji. I dbania o serce własne. Niemniej jednak obserwacja owego rozwoju jest niczym najlepszy serial, z często zaskakującymi rozwojami akcji. Aczkolwiek bez irytujących przerw reklamowych się też nie obywa...














Pozdrawiamy, 
P&J


wtorek, 26 maja 2015

O matulu!


Bukiety. Czekoladki. Laurki. Wszelkie inne formy plastyczne. I wokalne. Uściski lepkich rączek. Obślinione całusy.
Lekko sepleniące wyznania miłosne.
Tak w skrócie można opisać dzień dzisiejszy, Nasze matczyne 5 minut w kalendarzu. U Nas w zagrodzie klimat świąteczny zawitał również, dając efekty w postaci soczystego kolorystycznie bukietu wręczonego w imieniu Pulpecika. Chlip, chlip. Wzruszenie poziom ekspert. Z perspektywy niemalże roku spędzonego z córką stwierdzam jednak, że my, matki swoje święto mamy jednak w roku kilkakrotnie. Albo i nawet kilkudziesięciokrotnie. W prezencie dostajemy wówczas to, co najpiękniejsze - pierwsze raczkowanie, przeturlanie się, pierwsze kroki, ząbki i sylabizowane słowa. Przezsenne łapanie za matczyną rękę. Tulanie, kiedy robi się straszno. Gryzienie po odsłoniętych częściach ciała w ramach nadmiaru dziecięcej miłości. Palec w oku zamiast dźwięku budzika. Zasób tych darów jest nieprzebrany, jednak łączy je jedno - bezcenność. 
Z tego oto miejsca, życzę wszystkim matkom, zarówno tym co już i tym, co za trochę spełnienia wszelkich świtających w głowie marzeń. Tego, żeby duma z bycia matką nie opuszczała ani na moment. Żeby w chwili kondycyjnego spadku znaleźć choćby najmniejszą iskrę, która popchnie do działania. A do tego wytrwałości w kolejnych potyczkach wychowawczych. Opanowania w trakcie kolejnego odcinka dziecinnej histerii z powodów wysoce nieoczywistych. Oczu niepodpuchniętych po kolejnych niedospaniach. Nocy przynajmniej większościowo przespanych. Szybkiego odnalezienia najremedium na kiełkujące ząbki. Mikrokolejek u lekarzy dowolnych. A najlepiej braku potrzeby kontaktu z pobliską służbą zdrowia. Komfortowego termicznie kubka kawy z rana. Czystych piaskownic. Bezproblemowych zapisów do żłobków/przedszkoli/szkół i innych takich. Spokoju w zagrodzie. Pomocnych chłopów. Remontującym - morza cierpliwości. I fachowców z prawdziwego zdarzenia. Decydującym się na swoje własne - szybkiego telefonu z banku. I jak najkrótszej hipoteki. I jeszcze, ogólnie drzewek z pieniędzmi. A najlepiej całego pieniążkowego lasu. I odpowiednio wysokiego poziomu szczęścia na co dzień, wszak to co najważniejsze wytrwale tupta/raczkuje/turla się tuż obok Was.
Tego wszystkiego życzę każdej z Was, tudzież sobie przy okazji też. Jak szaleć to szaleć w końcu, a nóż widelec i coś się sprawdzi....<rozmarzona>


Ściskam,
po raz pierwszy świętująca P.

sobota, 23 maja 2015

Lukratywne matkowanie


Mówisz macierzyństwo. Co myślisz? Myślisz zmiana. Nowy rozdział. Miliony upłynnionych monet. Pożegnanie kilku starych nawyków. Odpowiedzialność. Pot, łzy i nawał bezwarunkowej miłości do tych kilku kilogramów Obywatela/ki. Okazuje się jednak, że fakt wkroczenia na ścieżkę matkowania niesie za sobą jeszcze kilka innych, zwykle całkiem przyjemnych w skutkach rzeczy. Dajmy na to:

1. Świadomość żywieniowa 
W erze przedbubowej byłam ignorantem żywieniowym i przyznaje się do tego bez bicia. W koszyku zakupowym lądowało wszystko, bez jakiegokolwiek głębszego wglądu w skład produktu. Na dzień dzisiejszy jest jednak inaczej, a moje ja konsumpcyjne jest ciut bardziej świadome. Zmiana nadeszła z momentem, kiedy to Pulpetowa dorosła do pierwszej marchewki i innych niemowlęcych rarytasów. Wówczas to matka zaczęła analizować wszelkie etykiety produktów okołodzieciowo - konsumpcyjnych i w szybki sposób przeniosło się to na etykiety ogólnoużytkowe. Przydatna sprawa, zdecydowanie. A dzięki rozszerzaniu niemowlęcej diety to i matka przy okazji zdrowiej sobie podje. Bo ileż to można obiadów w ciągu dnia gotować. Ewentualnie skonsumuje to, czego wysublimowane podniebienie potomstwa nie raczyło nawet nadgyźć. Ach, ta ekonomia. Aczkolwiek pogrzeszyć w dalszym ciągu się zdarza. Tak tylko, dla higieny psychicznej....

2. Gospodarka krajowa
Zaskoczona? Już tłumaczę. Dzięki systematycznemu pojawianiu się nowych, puchatych i pachnących najcudniej na świecie Obywateli w społeczeństwie spora część producentów obecnych na rynku zaciera z radością rączki, widząc już rzeki pieniążków płynące wprost z pachnącego mlekiem rodzicielskiego portfela. Są to: 
- producenci/dystrybutorzy kawy - wszak bez tego napoju ciężko funkcjonować z jako tako trzeźwym umysłem. Przynajmniej w moim odczuciu. A że zwykle spożywana w wersji półmrożonej...Cóż, nie można mieć wszystkiego. No chyba, że się kubek zostawi w tym słoneczniejszym miejscu zagrody...I ciepło i eko przy okazji.
- koncerny farmaceutyczno - kosmetyczne  - zarówno te dzieciowe, jak i mamowe. I jedne i drugie z satysfakcją patrzą na miesięczne rozliczenia, wszak matki to ostatnie osoby, które by przyoszczędziły w kwestii pielęgnacji. I swojego, nadgryzionego ciążą i zarwanymi nockami jestestwa i dziecia, którego brzoskwiniowa skórka nie raz i nie dwa przysparza nocnych koszmarów. Bo tu się odparzy. Tu się wysuszy, Tu obetrze. I się zaczyna. Ten kremik, tamta oliwka. Pięć zasypek, litry emolientów. Ciemieniuchy, alergie i różne inne dziadostwa. A monety płyną niczym Beata K. w jednej swojej piosenek...
- ciuszkotwórcy - i ci od cudów by own hand, i ci, którzy produkują na większą skalę. Z własnego doświadczenia wiem, że kiedy zostajesz mamą to fakt nowego bodziaka/rampersa/kolejnych grzechoczących skarpetek cieszy cię tak (a może i bardziej) jak -70% krzyczące z każdego butiku w pobliskiej galerii. Mało tego, przy działach dziecięcych tracisz resztki racjonalizmu zakupowego. Bo to takie urocze. A to ma śmieszny nadruk. Oooo, eko bawełna, a Ona ma taką skórę ostatnio przysuszoną. Ojeju, 2 w cenie 3...Itd, itp. A wszystko tak bardzo niezbędne w i tak ledwo co domykającej się dziecinnej szafie. Oczywiście podobnie ma się sprawa z zakresie gadżetów, które w założeniu mają ułatwiać matkowanie. A w praktyce bywa różnie (przykład z zagrody własnej - leżaczek bujaczek, który miał zrewolucjonizować drzemki maleńkiej Pulpetowej. I owszem, zrewolucjonizował, ale miejsce składania prania, bo dziecina nijak w leżaczku nie chciała przebywać. Pomimo prób usilnych i matczynych wykładów racjonalizujących)

3. Procesy poznawcze
Tak wiem, brzmi poważnie. Aczkolwiek ta sfera funkcjonowania człowieka dostaje w okresie macierzyńskim solidnego kopa. I to o całkiem pozytywnym wydźwięku. Bo wspomniane procesy to pokrótce nic innego jak nasza pamięć, uwaga, zdolność odbierania bodźców zmysłowych jak również radzenia sobie ze stawianymi prze życie problemami. 
Matczyna pamięć staje się niemal pamięcią absolutną, choć o lekko selektywnym wydźwięku. Pamięta się, co, gdzie o której, w jakiej ilości, jakiego koloru i kiedy następne. Pomiędzy wszelkie godziny dotyczące obsługi niemowlaka wpleść jeszcze trzeba terminowe opłaty, umówione spotkania, urodziny, imieniny i inne święta rodzinne. O, i jeszcze kod do domofonu. Albo i dwa. Owszem, można sobie to wszystko zapisać gdzieś tam, na kartce. W notesie. .A później atrybut owy zgubić (sprawdzone info). W moim przypadku macierzyński trening pamięci zdał egzamin na 100%, jest szybciej, jest łatwiej i bardziej zorganizowanie (czasami przynajmniej)
Co się tyczy uwagi, tudzież poziomu reakcji na różnorakie bodźce sprawa jest również oczywista. Mało tego, tylko matka może odbierać absolutną ciszę w domowej zagrodzie, jako bodziec niepokojący (od pewnego momentu oczywiście). Tylko matka nawet w najbardziej namiętnym momencie tulenia się z Morfeuszem automatycznie wstanie i podtoczy się do łóżeczka postękującego przez sen Potomka/ini. Za pomocą jednego dotyku sprawdzi, czy czoło dzieciny nie wkracza przypadkiem na niebezpieczne tereny podgorączkowe. Usłyszy dziecinny kaszel z drugiego końca bloku. Drgnie jej serce na dźwięk dziecięcego ryku, pomimo spokojności o dziecię własne. Tylko matka potrafi jedną ręką gotować obiad, odpisywać zaległe smsy, kontrolować zgodność przepisu w internetach, przy jednoczesnym stałym nadzorze swojej beztrosko obijającej się po obejściu latorośli. No cuda Panie, czyste cuda. 
Na dodatek samo macierzyństwo, jest jednym z największych wyzwań, jakie życie może przed człowiekiem postawić. Wszak od momentu pojawienia się legendarnego różowawego duetu kreskowego na teście bierzemy całkowitą odpowiedzialność za życie, zdrowie i wychowanie małego przecinka na dobrego człowieka...

4. Zarządzanie czasem.
Osobiście jestem z tych, którym czas płynął od zawsze za szybko, zamieniając się nie wiadomo kiedy w rozmyty niebyt, a przy okazji pozostawiając lekkie poczucie straty. Oczywiście wyłączamy tutaj fakt czasu pracy, gdzie w magiczny sposób zaginana jest czasoprzestrzeń i po 3 godzinach pracy w dalszym ciągu jest ta upierdliwa 11.05. A po kolejnych trzech 11.10. 
W matkowaniu nie ma czasu straconego. Mało tego, można do perfekcji opanować (w końcu) rozkład dnia, zawierając w nim posiłki dziecia, własne, drzemkowanie i spacery dla zdrowotności. I ablucje różne też. Oczywiście bez popadania w skrajności i wykonywania wszystkiego co do setnej sekundy. Poziom ekspert planowania osiągasz wówczas, kiedy to Twój ledwo co turlający się jeszcze niedawno dzieć ewoluuje w małego, wszędobylskiego, lekko szczerbatego gremlina. Który gryzie. Szarpie. Rozdziera. Rzuca. Kopie. A najchętniej przykleiłby się przy tym wszystkim na stałe do Twojej nogi. A Snickersa wszak jeszcze nie można (dat schematy żywieniowe...). Na dodatek gremlin ów czerpie energię z nieznanych póki co Tobie źródeł i ledwo co daje się przekonać do jednej drzemki dziennie. A innych osobników w wieku zadowalająco odpowiednim do opieki nad dzieckiem w zasięgu wzroku, ba bloku nawet czy też miasta brak. Wówczas to z pomocą przychodzi wujek Youtube razem z kolegami z gangu Fiszerprajsa. Na tapetę wskakują Muppety, w razie rezygnacji w pogotowiu czeka już pełny ciasteczek Garnuszek i inne śpiewające twory, mające na celu zabawienie Twojego Szczęścia, kiedy to chyłkiem oddalasz się ku obieraniu tych kilku pyr na obiad. Oczywiście jednym okiem, bo drugie przecież czuwa nad latoroślą.

Jak widać, pojawienie się Potomka/ini w domowych pieleszach daje nam wachlarz całkiem nowych, przydatnych zwykle możliwości. Jeżeli znalazłby się jednak śmiałek, który w kilku prostych ruchach pokazałby, jak rozszerzyć dobę o kilka dodatkowych godzin, byłabym bardzo bardzo wdzięczna. Bo w zasadzie kwitnący niedoczas powinien być w tej wyliczance również zawarty, jako stały bonus do poporodowej wyprawki.





Pozdrawiam,
P.

piątek, 22 maja 2015

Kontrola techniczna. Tom trzeci.

Po każdej kontrolnej wizycie w pobliskiej Służbie Zdrowia, data kolejnych odwiedzin wydaje mi się odległa o przysłowiowe lata świetlne. W praktyce jednak czas ten mija w mgnieniu oka i tym oto sposobem prezentujemy dziś pachnące jeszcze świeżością dane techniczne 10,5 miesięcznej Pulpetowej.
Pomimo całej puchatości Najważniejszej Na Świecie, waga nie zmieniła się w żaden znaczący sposób. Na dzień dzisiejszy całe jestestwo Pierworodnej osiągnęło mniej więcej 11 kg. No bez 50 gramów dla uszczegółowienia. Niemniej jednak jest czym bicka matczynego  trenować, zdecydowanie.
Podobnie jak przy poprzednim bilansie, na prowadzenie wysuwa się przyrost wzrostowy - tutaj mamy 3 centymetry na plusie, co w efekcie daje całe 75 centymetrów dziecia. Oczywiście wzrost owy nijak ma się do Pulpetowej garderoby, gdyż tam rozmiarówka hula od sasa do lasa w przedziale 68-86 centymetrów.  W zasadzie nie jest to wielkim zdziwieniem, patrząc na rozpiętość rozmiarów w maminej szafie, których z kolei przedział chwilowo i dyplomatycznie pominę.
Obwód rozczochranej ustawicznie głowy pozostaje na tym poziomie - 46 centymetrów, natomiast klata poszerzyła się o cały 1 centymetr, co daje aktualnie centymetrów 49.
Okolice szczękowe Potomkini liczą sobie dumne 8 ostrych jak brzytwa (sprawdzone i bolesne info) zębiszczy, a jeśli weźmiemy pod lupę aktualne humory, tarcia i lamenty, to za jakiś czas prawdopodobnie stan ten się powiększy.
Wizyta była też istotna z punktu ostatniego zakatarzenia Pulpetowego. Cały zeszły tydzień minął nam pod znakiem inhalacji, zakraplania i syropowania dziecia. A kto ma hiperaktywne potomstwo wie, że inhalacja ww. jest nie lada wyczynem, na dodatek karkołomnym dość w realizacji. Po szybkiej wizycie w przychodni katar i kaszel temu towarzyszący, który pobudzał matczyną wyobraźnię w kierunku najczarniejszych scenariuszy okazał się zwykłą siedmiodniówką. Kontrola wszelakich dróg oddechowych przebiegła jednak pomyślnie i póki co inhalator poszedł w kąt. Ulga nieopisana.
Podsumowując, po raz kolejny cała wizyta u Pani Doktor przebiegła więc bezstresowo, okupiona roześmianym monologiem Pulpecika. Nie licząc oczywiście momentu badania gardła, które samo w sobie jest zabiegiem nieprzyjemnym i znienawidzonym zarówno przeze mniej, jak i przez dziecinę. Co geny to geny jednak.

złapał katar Pulpecinę...
jestę samolotę

hollywoodzki uśmiech nr 5
Pozdrawiamy,
P&J

sobota, 16 maja 2015

Rzecz o miękkiej bule

Około 19 miesięcy temu przemiły Pan Doktor zakrzyknął radośnie na pół gabinetu "Jest ciąża!". Kilka dni wcześniej  wieść tą ogłosiły uroczo różowe dwie linie na teście, więc lekarz był tylko przypieczętowaniem faktu, iż w moim ciele zajdą znaczne zmiany na rzecz rozwoju nowego Obywatela/ki. W tym samym czasie mój organizm, a szczególnie części odpowiedzialne za produkcję różnorodnych hormonów wywiesiły baner z napisem "Party hard" i tak oto przysłowiowa wiksa trwa w niektórych rejonach po dziś dzień. Oczywiście były też pozytywne strony imprezy. Włos piękny (do mniej więcej 2 miesięcy po powiciu), manikiury pokazowe (też poszły szybko w zapomnienie), cera gładka i nieskalana... Łaskawie nie doświadczyłam nadmiaru mdłości, a wszelkie badania miały wyniki książkowe. Mało tego, mojej córce osobistej było na tyle dobrze w czeluściach matczynego brzucha, że pojawiła się na świecie tydzień po terminie, po długich namowach rodziny oraz zaaplikowaniu magicznego balonika w okolicach wyjścia awaryjnego. Po porodzie gospodarka hormonalna działała jeszcze bezawaryjnie, pozwalając korzystać Pierworodnej z podręcznego mlekomatu. Po krótkim czasie nastąpiła jednak brzemienna w skutkach awaria, której efektem było pojawienie się na stałe w wyposażeniu domowym baterii butelek i kartonu z Gerberem. A notoryczne zmienne nastroje, płacze i lamenty składałam wówczas na karb magicznego 4 trymestru, po którym to wszystko miało się normować. Trymestr minął. Minął miesiąc i kolejny. Zaczęły lecieć włosy. Skóra spadła gdzieś do rynsztoków kondycyjnych. Minęło 9 miesięcy, będące (podobnież) deadlinem dla unormowania się hormonów i innych takich. Fizyczność jako tako doszła do siebie, zachowując jednak odpowiedni zapas tu i ówdzie (ciężkie czasy, te sprawy). Mimo tego łzy w dalszym ciągu leciały strumieniami przy najbłahszym nawet powodzie. Reklamie. Reportażu. Czy bajce nawet. I tak oto będąc niemalże 11 miesięcy po przywitaniu się z Pulpetową po tej stronie brzucha w dalszym ciągu poziom wrażliwości na bodźce wywołujące przysłowiowe mokre oczy znajduje się u mnie na poziomie high ekspert. Ja rozumiem, że na Królu Lwie płacze każdy. No, na Epoce Lodowcowej też można się wzruszyć. Ale żeby reklama mleka z poruszającym się wesoło ciążowym brzuchem już niebezpiecznie zwiększała nawilżenie oka? O wgapianiu się w śpiące dziecko własne nie wspomnę. A nie daj Bóg, że pokażą dziecko, któremu w jakikolwiek sposób dzieje się krzywda (chociaż tu myślę znakomitą większość już rusza). Jedno w tej sytuacji można stwierdzić - dziecko uwrażliwia. Zmienia myślenie. Prostuje egoizm. Racjonalizuje niektóre poglądy, szczególnie w zakresie dziecięcej krzywdy. Z jednej strony robi z Ciebie hiperemocjonalną miękką bułę, która każde nowe dziecięce osiągnięcie kwituje solnym potokiem z niedospanych oczu, a na wyjące przy stoliku nieopodal dziecko inne patrzy ze zrozumieniem. Z drugiej strony jednak pojawia się chęć krwawego mordu, w zakresie osób, które w jakikolwiek sposób mogą zagrażać dziecinie. Chociaż mord ów przejawia się okresowo również w momencie kolejnych z rzędu informacji o zakatowaniu/ciężkim pobiciu/skrajnej nieodpowiedzialności rodzicielskiej czy też opiekuńczej w dziecięcym temacie. A czasem nawet potomek/kini przyczynia się do podjęciu decyzji (tudzież poczynienia planów choćby) o pojawieniu się w zagrodzie nowego, początkowo nieporadnego tobołka, nad którym dzieć pierworodny może roztoczyć swoje opiekuńcze skrzydełka. W założeniu przynajmniej. A ty Matko na nowo baw się w ten hormonalny Bangkok... Bo i tak warto.


Pozdrawiam,
P.

wtorek, 12 maja 2015

Kulawy jednorożec

Patrząc na macierzyństwo z perspektywy mediów, zdawać by się mogło, że czas ciąży, powicia oraz wychowywania Małego Obywatela jest niczym kraina mlekiem i kaszką płynąca. Perfekcyjnie ufryzowana i podrasowana kosmetycznie matka karmi przeradosnego brzdąca, który z apetytem zjada każdą podsuwaną łyżeczkę. Oczywiście wszystko odbywa się w nieskalanej zbędną kroplą pokarmu kuchni. I siedzi sobie taka przyszła matka i gdzieś pomiędzy hormonalną burzą, a próbą likwidacji opuchnięć kończyn różnych tworzy w głowie własną scenkę rodzajową. A to spacer z radosnym i grzecznie siedzącym (!) w wózku dzieciem. A to wspólne posiłki w wychuchanym mieszkaniu, gdzie nigdy, ale to przenigdy nie nastąpisz na zbędny klocek w akompaniamencie dzikiego skowytu i litanii najwymyślniejszych bluzgów, a kurz jest tylko postacią ze złej bajki. Karmienie piersią wydaje się być rzeczą banalną do opanowania, a zmiana pieluchy czynnością wręcz odprężąjącą. Brzdęk! Na świecie pojawia się wyczekiwane Szczęście. Pojawia się też ból popowiciowy, a matka zamiast fontanny endorfin ma w głowie myśli samobójcze. Karmienie odpiersiowe okazuje się syzyfową pracą, która owocuje podaniem przeklętej przez wielu butelki. Wraz z rozwojem dzieciny w zagrodzie zamieszkuje na stałe wszechogarniający chaos, który jest upierdliwy bardziej niż Zus i Skarbówka razem wzięte. Pół garderoby nadaje się do wyrzucenia, upstrokacone odporną na wszelkie zabiegi czyszczące marchewką, drugie pół chowasz z nienawiścią na dno szafy, bo już i tyłek nie ten i ten boczek coś jakby w siłę urósł. Dzień dnia obijasz się o rozesłane malowniczo po chałupie tabuny zabawek. Zmiana pieluchy urasta do rangi kaskaderskiej, kiedy to kolejny raz musisz rzucić się w pogoń za uciekającą wesoło gołopupną dzieciną. Bajka, Panie normalnie bajka. Jednakże to nie wszystko. Pomińmy już ten przysłowiowy burdel, pomińmy obrażenia na linii matka - zabawki. I nawet chroniczny niedoczas też pomińmy, a zmęczenie przemilczmy. Kiedy rodzi się dziecko, Twój mózg otrzymuje dodatkową szufladkę, która zawiera w sobie kilka czarnych teczek takich jak na przykład : strach, poczucie winy, frustracja. Teczuszki są na bieżąco aktualizowane, od momentu kiedy drżącymi rękoma chwytasz po raz pierwszy swoje dziecię. Najgrubsza jest ta pierwsza, strachliwa. Boisz się praktycznie o wszystko, co Twojego Szczęścia dotyczy. Staje Ci serce, kiedy przychodzi pierwszy katar. Kiedy widzisz podejrzaną wysypkę na łydce dzieciny. Kiedy potomstwo zakrztusi się w czasie konsumpcji. Kiedy przypadkiem do dziecięcej buzi trafia kapsułka po witaminie. Kiedy termometr wyświetla ci 37 w górę. Kiedy wśród nocnej ciszy słyszysz nagle pełne żałości zawodzenie, nawołujące Cię do natychmiastowego utulenia po koszmarze, który to się dziecinie przyśnił. Kiedy słyszysz to żałosne, senne  popłakiwanie przez ów koszmar.  Kiedy widzisz kątem rozespanego oka potomka balansującego ochoczo na krawędzi łóżka. Kiedy w trakcie ochoczych galopów po mieszkaniu rozlega się syrena alarmowa i zastajesz dziecinę z guzem na pół czoła. A przecież masz ją cały czas na oku. I tu otwiera się teczka nr 2 - teczka winowajcy. Bo chociaż robisz dla dziecka wszystko, co tylko jesteś w stanie, by zapewnić odpowiednie BHP w trakcie zabawy i ogólnie ujętej codzienności, to ono i tak znajdzie sposób, żeby wygwoździć główką w najbliższą ścianę. Bo czasem nie masz siły/ochoty/weny żeby zblendować to 190 g obiadku i ratujesz się słoiczkowym fast foodem. Bo odwodzisz dziecinę na wszelkie sposoby od późnej drzemki, względem kilku wieczornych chwil dla siebie. Chociaż tu wkraczamy już na zakres teczki trzeciej - frustrata. W ferworze macierzyństwa nie jest czasem łatwo wygospodarować chwilę (taką solidniejszą) for mum only. Niemniej jednak, jeśli tego nie zrobisz prędzej czy później napięcie weźmie górę i puści niczym przyciasna kiecka w najmniej oczekiwanym momencie. A przy okazji oberwie się osobom, które tak naprawdę są Bogu Ducha winne. A w skrajnych przypadkach doprowadzi do tego, że nie będziesz mogła nawet na własne dziecko  patrzeć. A przecież ono jest właśnie tą osobą, która potrzebuje Ciebie, sprawnej, tulącej i pachnącej bezpieczeństwem najbardziej na świecie.
Stosunkowo mało się mówi o tej ciemnej stronie macierzyństwa. Nurty zazwyczaj są dwa. Nurt pierwszy, tęczowy i puchaty, nijak mający się do matkowania w rzeczywistości i nurt drugi, który to macierzyństwo demonizuje. Prawda leży jak zwykle pośrodku, a w dużej mierze do tego, jak się toczy nasza macierzyńska przygoda przykładają się pozostali członkowie rodziny, z Współtwórcą Małego Obywatela/ki na czele. U Nas aktualnie na tapecie rozwalona teczka strachliwa. Mam nadzieję jednak , że jutrzejsza wizyta w przychodni troszeczkę ją jednak przymknie.




Pozdrawiamy,
P&lekko.nie.w.formie.J

wtorek, 5 maja 2015

10!

Matko Boska Macierzyńska... Jedno, jedyne pytanie nasuwa mi się myśląc o pierwszym, dwucyfrowym wyniku na liczniku żywota Pierworodnej. A w sumie nawet i kilka. Mianowicie jak? Gdzie? Kiedy??? Kiedy to mój nieporadny, zaledwie jednodniowy tobołek stał się tak okazałym i wszędobylskim niemowlakiem? Czas w towarzystwie niemowlaka (i to high need w pełnej krasie, jak się okazało w naszej dziesiątce) biegnie z mocą nadświetlną. A czym to dziesiąty miesiąc życia Pulpetowej zapisał się w matczynej pamięci? O tym kilka linijek poniżej.
Niewątpliwie wydarzeniem miesiąca było przyjęcie roli wszędobylskiego stacza. Jakakolwiek krawędź, która daje w miarę stabilne podparcie małej rączce powoduje natychmiastowe wywindowanie ciała w górę i przyjęcie pozycji dumnego stacza. A że staczowe rączki mają dzięki nowej umiejętności o wiele większy zasięg...Cóż, pomińmy to pełnym zrozumienia dla notorycznego chaosu w zagrodzie milczeniem. Tak czy owak, duma i tak bierze górę. Jak i każdego dnia w towarzystwie Pierworodnej.



O ile w zeszłym miesiącu mogłam się pochwalić w miarę uregulowanym rytmem dnia, tak w dziesiątce nastąpił zwrot sytuacji. Drzemki zminimalizowały się do mniej więcej godziny dziennie. Czasem nastąpi dodatkowe przymknięcie oka na spacerze. I tu kolejna rzecz - drzemka spacerowa warunkiem udanego wyjścia. W innym wypadku z wózka dobiegają rozgłośne postękiwania i okrzyki protestu, tudzież ekspresyjne machanie wszelkimi dostępnymi kończynami. I przyznam się bez bicia, że zdarzy się rzucić zazdrosnym okiem na inne wózkowe mamy. I ich dzieci. Siedzące oazy spokoju, kontemplujące otaczający świat. Pocieszam się, że być może dzieć ma czas po prostu gorszy, że jeszcze chwila, jeszcze trochę i znów będziemy mogli odbywać przechadzki/obiady/chwile odsapnięcia bez zmianowego jedzenia i przepraszającego wzroku. Bo oczywiście fakt wyjęcia z wózka wcale nie gwarantuje uciszenia protestów.
Ekspresja emocji wzmocniła się również poza epizodami outdoor`owymi. Jak radość, to pełną parą. Pełną i szczerbatą buzią. Pełną ochoczych dźwięków gamą. A jak złość...Cóż tu wiele mówić. Mamy machanie rączkami. Mamy kładzenie się na podłodze. Mamy pełne złości kopanie nogami wówczas. A wszystko w akompaniamencie wwiercającego się w bębenki ryku. Nie ma co, charakterna dziewczyna nam tu rośnie (aż strach się bać nastoletniego buntu w takiej sytuacji).
Pulpetowa opanowała również znakomicie samodzielne opuszczanie fotelika, który kiedyś stosowany do transportu, aktualnie służy do ewentualnego przysiądnięcia w warunkach domowych. Tempo całej czynności jest niesamowite, duma na dzieciowej buźce również. A matka skreśliła kolejną pozycję z listy "te bezpieczne miejsca, dające możliwość biegu do wygódki". Życie.
Znakomicie też rozwija Nam się rozumienie zagadnień przyczynowo - skutkowych. Dziecina odkryła, że jeśli naciśnie odpowiedni przycisk, zabawka wyda dźwięk. A jeśli ugryzie matkę w nogę, to wyda ona jęk ranionego zwierza. Bo mama jest w dalszym ciągu number 1. Zarówno w kwestii obiektu uwielbienia, jak i wydawanych sylab. 
W kwestiach żywieniowych idziemy zgodnie z wszechobecnym schematem żywienia, w związku z czym uszczegółowiać tu nie będę. Póki co nie pojawiły Nam się skutki uboczne produktów nowokonsumowanych, nie licząc epizodu z pewną apetyczną kaszką jagodowo - truskawkową. Nie ma jednak tego złego, przynajmniej i matka coś niecoś się posiliła.
Nasza dziesiątka znakomicie ukazała, że Pulpetowa jest z tych wysokopotrzebowych. Ciężko spuścić ją z oka, a każda przedłużająca się cisza w zagrodzie zamiast westchnienia ulgi wywołuje zapalenie się czerwonej lampki i galop po obejściu z lekko podejrzanym wzrokiem, Niemniej jednak uwielbiam każdą chwilę tego galimatiasu. Każdy uśmiech uwieszonego u matczynej nogi dziecia. Główkę ciekawsko wyglądającą z łóżeczka. Łezkę wzruszenia w czasie obserwacji spokojnie śpiącej Pulpetowej. I tą chwilę świętego spokoju, kiedy to wspomniana powyżej padnie wieczornie i na dłużej...:)








Pozdrawiamy, 
P&J

sobota, 25 kwietnia 2015

Życie na gorąco

Nie da się zaprzeczyć, że dzięki szybkiemu rozwojowi wszechobecnej technologii Nasze życie stało się o wiele prostsze. Naczynia wrzucimy do zmywarki, bramę otworzymy jednym przyciskiem bez potrzeby tarabanienia się, z samochodu, a odkurzacz po zaprogramowaniu sam wie najlepiej gdzie i kiedy ma czynić swoją powinność. W internetach kupimy wszystko, czego dusza zapragnie. Jest szybko, jest łatwo, jest wygodnie. Szczególnie w chwili, kiedy to zdecydowaliśmy się podbić liczbę obywateli o jedno oczko w górę. Fakt faktem, czeluście internetowe bywają dla młodej matki nieraz zgubne. Szczególnie jeśli cierpi na postępujący zakupoholizm. Ewentualnie chce na szybko sprawdzić, czy tą jaglankę to już dziecinie można. Nie daj Boże sprawdzać jakiekolwiek katary, kaszle czy też odcienie ubocznych produktów przemiany materii, bo stresu w toku macierzyństwa  i bez tego jest już wystarczająco dużo.
W służbie młodej matki idą również wszelakie portale społecznościowe. Genetycznie zaprogramowany jest fakt, że dziecko własne jest dzieckiem najpiękniejszym na świecie i z chęcią wobec tego dzielimy się systematycznie tym pięknem z gronem znajomych. Ewentualnie z całą resztą świata, jeżeli przykładowo mamy sobie takiego Instagrama. Czasem młoda matka (że dajmy na to ja)  idzie o krok dalej i decyduje się uwieczniać żywot swój i swojego potomstwa słowem klikanym. Po kilkumiesięcznej aktywnej egzystencji w blogosferze (bo jako czytelnik siedzę tu już od dawna) stwierdzam, że założenie Pulpetowa było jedną z lepszych decyzji, jakie podjęłam dryfując gdzieś poprzez ocean pociążowych hormonów. Bo i wyrzucić można swobodnie, co na wątrobie leży bez widoku lekko nieobecnej miny Pulpetowego taty. I zdjęć różnorodnych i nieprofesjonalnych wrzucać do woli można też (i to bez cichego mamrotania znajomych "ta znowu z tym dzieckiem" ).  Na inne najpiękniejsze na świecie potomstwo popatrzeć. Zachwycić się też czasem.Doświadczenia własne opisać, skonsultować tudzież wzbogacić o perypetie mam innych. A i pamiątkę dziecina będzie miała na starsze lata, chociaż zapewne skończy się na pełnym zażenowania wzroku i gromkim "weź się mamo". Ale co najważniejsze, prowadzenie takiego internetowego dziennika pokładowego sprawia nielichą satysfakcję, a każdy odzew ze strony internetowej społeczności czystą i nieskalaną radość. A jak wiadomo nie od dziś małe rzeczy cieszą najbardziej.
Aktualnie na Pulpetowie panuje leciutki przestój. Internety internetami, ale aura niewątpliwie przeciąga Nas na swoją stronę. Że już nie wspomnę o zapale potomkini do klepania w maminego laptopa, tudzież chachmęcenie notoryczne myszki, co w połączeniu z hiperaktywnością czworakowo-stojącą znacznie minimalizuje szanse na spokojne wystukanie posta.  Dodatkowo Pulpetowa ekipa powoli rusza ku swojemu własnemu kawałkowi panela i miota się pomiędzy mnogością sklepów budowlanych, co by było jak najpiękniej i w ogóle dżezi i trendi. Staramy się w miarę możliwości na bieżaco wstawiać migawki z życia na Instagrama, Fejsa tudzież, także kto ma chęci niech podgląda, zapraszamy serdecznie:)

#siedzęnatronie



Pozdrawiamy, 
P&J

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Przykład idzie z dołu

W ramach zasad ogólnospołecznych i uznanych mówi się, że to dorośli mają za zadanie uczyć dzieci własne jak w społeczeństwie owym sprawnie funkcjonować. Co jest dobre. Co jest złe. Kiedy powstrzymać się od komentarza, kiedy podać pomocną rękę. Im dłużej jednak przebywam w towarzystwie córki własnej stwierdzam, że pomimo jej zaledwie (albo i już) dziewięcio i pół miesięczności warto niektóre z zachowań przełożyć na tzw. dorosłe życie. Co mam na myśli? A na przykład to:

1. Na osiołka.
 Maluchy takie jak Pulpet mają niesamowite wręcz zacięcie do osiągnięcia tego, co sobie zamierzyły. Zabawka leży za daleko - nie szkodzi. Popełznie, poturla się, podraczkuje... styl dowolny. Czas trwania - też różny. Ale w podsumowaniu cel zostaje osiągnięty, a upragnioną niedawno zabawką można cisnąć i pogalopować ochoczo dalej. Podobnie jest z treningiem nowych umiejętności. Przygotowania do ruszenia trybem czworakowym trwały dobry miesiąc. Okupione niezliczoną liczbą placków na podłogę, braków równowagi czy też nieskoordynowanym ruchem kończyn, który w efekcie powodował przeturlanie się w kierunku skrajnie odmiennym od zamierzonego. Złości, okrzyków a i nie raz i nie dwa łezek przy okazji treningu było co nie miara. Jednak pomimo niepowodzeń Potomkini wytrwale, dzień w dzień próbowała z tym raczkowaniem ruszyć.  Aktualnie podobna sytuacja powtarza się przy okazji próby objęcia stanowiska stacza pokojowego przez Pulpetową. Zdaje się, że dziecina po prostu kieruje się w działaniu staropolskim przysłowiem "padłaś, powstań, popraw Pampersa i zasuwaj". Zasada zdecydowanie godna naśladowania (choć może wyłączając poprawianie Pampersa, póki co) , szczególnie dla mnie, osoby, która to niezmiernie łatwo potrafi się zrazić do nowo wykonywanej czynności z powodu braku konkretnych efektów. Jednakże fakt faktem, z przypływem cierpliwości spowodowanym powiciem, tudzież rozpoczęciem ścieżki wychowawczej dziecia to i wytrwałość powoli powoli winduje w górę.

2. Sygnał dobra.
W jednej z książek należącej do jednej z najulubieńszych serii, a mam tu na myśli Jeżycjadę pani Musierowicz bohaterowie postanowili założyć grupę Eksperymentalny Sygnał Dobra, mającą na celu sprawdzenie reakcji przypadkowych ludzi na zwykły, bezinteresowny uśmiech. Rzecz niby prosta, aczkolwiek dość rzadko spotykana na naszych szaropolskich ulicach. Mało tego, momentami może być wręcz podejrzana i zrazić odbiorcę, tudzież narazić wysyłającego sygnał na różnorakie szykany. Z dziećmi natomiast sprawa ma się zupełnie inaczej. Kiedy uśmiechniesz się do dziecka, w 99% możesz liczyć na wyszczerbiony sygnał zwrotny. Sygnał owy potrafi poprawić samopoczucie na dobre kilka godzin. Osuszyć ukradkową łzę zmęczenia. Podnieść na duchu. Uspokoić. Warto to przenieść na dzień nasz powszedni. Błysnąć zębem do przymęczonej kasjerki w sklepie. Do listonosza, który po raz kolejny telepie się do nas z poleconym na czwarte piętro. Do urzędniczki, która dopiero zaczyna karierę za biurkiem i niekoniecznie jeszcze orientuje się w czeluściach firmowych systemów. Prosta rzecz, a działa. Sprawdzone wielokrotnie info.

3. Od szczegółu do ogółu.
Tylko małe dziecko potrafi przesiedzieć z rozszarpaną wpół ulotką reklamową i wpatrywać się w nią, jakby była co najmniej ósmym cudem świata. Jeżeli postawisz nieopatrznie butelkę wody w okolicy zasięgu dzieciowego to bądź pewna, że stanie się ona główną zabawką dnia. Kupiłaś dziecku prezent? Oby był dobrze zapakowany, bo kawałek folii bąbelkowej jest lepszy niż góra Fiszerprajsów (no w sumie tu to i ja się zgodzę). Jednym słowem im prostsza, mniejsza rzecz, tym więcej daje radości. W momencie, kiedy zostajemy w domu z dzieckiem (i SIEDZIMY beztrosko na macierzyńskim) codzienność może łatwo nam spowszednieć. Przynajmniej tak było w pewnym momencie u mnie. W związku z powyższym postanowiłam wziąć przykład z turlającej się nieopodal córki i doceniać każdą małą, pozytywną sprawę, którą każdego dnia napotykam na swojej drodze. A to, że paznokcie ładnie wyszły. I że się człowiek z nimi wyrobił przede wszystkim. A to, że kawa wyjątkowo dobrze zaparzona. I ciepła. A to,  że komplementa od rana chłop strzelił . A to, że na blogu ruch się wzmożył.  Małe rzeczy, błahostki wręcz, a potrafią uprzyjemnić cały boży dzień.

Zapewne wraz ze wzrastającą Pulpetową lista rzeczy godnych naśladowania się wydłuży, wszak jej wachlarz zachowań różnych rozwija się koncertowo. Jak już ostatnio wspominałam, nie ma rzeczy przyjemniejszej od możności obserwowania rozwijającego się potomstwa. Jak widać oprócz przyjemności można też wynieść z tego kilka rzeczy dla Nas, potomstwa w zasadzie już solidnie rozwiniętego. 



Pozdrawiamy,
P&J

czwartek, 16 kwietnia 2015

Szczotko, szczotko, hej szczoteczko...

Dbałość o uzębienie własne wpajana jest nam od najwcześniejszych lat dziecięcych. W wyrobieniu dobrych nawyków wychodzą naprzeciw koncerny pastotwórcze, proponujące  specyfiki o różnobarwnych, tudzież różnosmakowych walorach. Specyfiki owe nie raz i nie dwa podstępnie podkradane są przez małych użytkowników, bo jak tu się takiej paście o smaku coli przykładowo oprzeć. O uzębienie dziecia dba najczęściej również aktualna placówka edukacyjna. Po zakomendrowaniu przyszłemu kwiatu narodu, aby kwiat owy przyniósł szczoteczki do zębów następuje fluoryzacja. Obrzydliwa fluoryzacja, której osobiście fanem w czasach bardzowczesnomłodzieńczych nie byłam. Niemniej jednak podstawy podstaw dbałości o uzębienie wpajają nam rodzice i tym oto sposobem dochodzimy do sedna posta dzisiejszego. 
Od momentu, kiedy to w Pulpetowej paszczy pojawił się pierwszy dumny kieł w głowie zaczęła mi kiełkować myśl, że coś z tym kłem trzeba by zrobić. Myśl dojrzewała sobie spokojnie, a za kłem pierworodnym, niczym przysłowiowe grzyby po deszczu posypało się uzębienie dalsze. Owy wysyp zaowocował zębami w liczbie sztuk 7 i górki ewoluującej (stan z dzisiejszego poranka).  Jako, że cyfra siedem jest już w kategorii uzębienia cyfrą dość okazałą matka nie czekając na dalszy rozwój sytuacji rączo ruszyła ku pobliskiej aptece celem zakupu pierwszej (łezka) pasty do zębów Potomkini. Zakupy przebiegły pomyślnie i tak oto w łazienkowych czeluściach zadomowił się zgrany Pulpetowy duet żelowo - szczoteczkowy.



Jak widać z pomocą przyszła niezawodna Ziaja. Muszę przyznać, że jest to jedna z firm kosmetycznych, do której mam kompletne zaufanie względem produktów i ich działania, szczególnie w zakresie pielęgnacji okołopulpetowej. No i te urocze zwierzątka na opakowaniach (przykładowo na zdjęciu wiewiórka Bożenka). Żel (czy też w ramach równouprawnienia łazienkowego pasta) ma smak żurawinowy. Potwierdzone info - matka nie omieszkała wszak zdegustować specyfiku, którym to będzie szorowała nówki sztuki w dzieciowej buźce. Polecany jest już od pierwszego ząbka. Porcją wielkości ziarnka grochu szorujemy nowe nabytki u dzieciny 2 razy dziennie. Połknięcie pasty nie wywołuje żadnych skutków ubocznych. I Bogu dzięki, gdyż nasze początki w pucowaniu uzębienia polegały na zaciskaniu przez Pulpetową szczęki na szczoteczce i usilnej próby jak najszybszego wchłonięcia porcji żelu. Na dzień dzisiejszy jest już zdecydowanie lepiej i faktycznie udaje nam się wspomnianą siódemkę z górką podszorować. Sama czynność nie jest raczej bolesna, czy też dziąsłodrażniąca.  Przy stale kiełkującym dziecku bardzo łatwo zresztą byłoby Nam (i sąsiadom z okolicznych bloków) usłyszeć, że something went wrong.
Podsumowując... kolejny krok w dorosłość mamy. Wspaniałym uczuciem jest dzieciowi w takich epizodach dorastania towarzyszyć. Doprawdy, ani się człowiek obejrzy, a Pulpetowa będzie się z domu wyprowadzała, wciskając walizki z dobytkiem w wątłe ramiona kolejnej miłości swojego życia :)







Pozdrawiamy,
P&J