Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkanoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkanoc. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2015

Z jajem

Nigdy nie należałam do życzeniowych wirtuozów. W związku z pobocznym krótko i treściwie życzymy wraz z Pulpetową Wesołych Świąt. Żeby nie zabrakło chrzanu do wielkanocnej kiełbasy. Żeby babka nie podłapała zakalca (chociaż jak powszechnie wiadomo dobry zakalec nie jest zły). Żeby przy stole wielkanocnym (na kolanach tudzież) znaleźli się wszyscy ci, którzy są dla Was najważniejsi na świecie. Żeby nie strzelić mężowi w oko guzikiem od trzeszczących w obejściu spodni. Żeby nie wpaść w zaspę w czasie wiosennego spaceru na lepsze trawienie. Żeby wszystko było tak, jak tylko sobie wymarzycie. I żeby po tych kilku rozpustnych jedzeniowo dniach nie mieć problemu z doborem garderoby śladem poniższych puchaczy:




Ściskamy wszystkich razem i każdego z osobna,
P&J

piątek, 3 kwietnia 2015

Easter blues

Kiedy człowiek jest w kwiecie swoich młodzieńczych lat (powiedzmy pałęta się gdzieś pomiędzy liceum a studiami) jedyne o czym marzy, to wyprowadzić się z domu. Żeby nie słuchać kazań o zorganizowanym chaosie w pokoju własnym, wylegiwać się do nieprzyzwoitych godzin popołudniowych w akompaniamencie tupotu białych mew, żeby być tzw. niezależnym tworem. Tak zwanym, gdyż w podsumowaniu nawet wszelkie uroki studenckiego życia są zwykle sponsorowane przez strumyczek piniążków z rodzicielskiego portfela. Sama przeszłam przez etap "byle dalej od domu", z czasem oczywiście mądrzejąc, a finalnie docierając do etapu, kiedy to właśnie dom rodzinny ewoluował z przekleństwa na wielką wartość. Los jednak bywa przewrotny i ledwo, ledwo człowiek rozkokosił się w domowych pieleszach po dumnym powrocie z magistrem w kieszeni,  na drodze stanął pewien Pan. Pan owy pochodził (no w sumie pochodzi dalej) z miasta dla mnie wówczas abstrakcyjnego, leżącego gdzieś na dalekiej Syberii. Z czasem z ww. podjęliśmy decyzję o wspólnej zagrodzie, w ramach zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa Pulpetowej kołyszącej się gdzieś w otchłani matczynego brzucha, tudzież dodatnich uczuć stałych własnych. Decyzja nie należała do łatwych, chociaż kiedy była jeszcze tworem czysto teoretycznym żyło mi się z nią całkiem gładko. W praktyce natomiast...no właśnie. Nie jest łatwo. Nie jest łatwo w dalszym ciągu, chociaż 8 miesięcy syberiady nam już tu pykło. Czasem myślę sobie, że zbyt wiele zmian naraz wzięłam na swoje barki. Urodzenie dziecka połączone z przeprowadzką do innego miasta, dodatkowo miasta oddalonego znacznie od moich stron rodzinnych nie do końca idzie w parze. Znalezienie się w nowym miejscu, z zerowym licznikiem przyjaciół, z rodziną oddaloną i tęskniącą jest po prostu chwilami przyciężkie do zniesienia. Mogłoby się wydawać, że w dobie dzisiejszego różnorodnego transportu pokonanie 400 km jest niczym. Ot wsiadasz, jedziesz i gotowe. Otóż osoba tak sądząca zapewne nie miała przyjemności wyjeżdżać z przychówkiem, który to przychówek posiada zwykle bagaż wymagający nadprzyrodzonej wręcz logistyki przy pakowaniu. Że już nie wspomnę o samej drodze, która dla takiego malucha jest mimo całotrasowej drzemki dość dająca w kość. A single trip? Nie dla matki dziecia, który wszedł na etap mamowego stalkera, radośnie bieżąc za nią krok w krok. 
Taka tęsknota za domem daje się szczególnie we znaki, kiedy nadchodzi czas tradycyjnych rodzinnych spotkań, jak , daleko nie szukając święta. Po raz pierwszy w moim 26 letnim jestestwie spędzę święta bez mojej części rodziny, bez wspólnego obżarstwa i tradycyjnego wielkanocnego piwa na lepsze trawienie w gronie przyjaciół. Bez ludzi tak bardzo ważnych w moim życiu. Pocieszam się jednak faktem, że ten najważniejszy człowiek (człowieka właściwie) będzie tutaj, ze mną, uczepiona tradycyjnie maminej nogi, jak to ostatnio ma w zwyczaju. I że za jakiś czas znów się spakujemy w Nasz gumowy samochód i ruszymy poprzez polskie prerie wprost w stęsknione ramiona dziadków. I Pulpetowych i moich własnych. A tymczasem pora na kilka głębokich wdechów i odtańczenie tańca deszczu, gdyż aura za oknem panująca nawet największego optymistę doprowadziłaby do psychologicznej kozetki. 

Pozdrawiam nostalgicznie, 
P.