Kiedy człowiek jest w kwiecie swoich młodzieńczych lat (powiedzmy pałęta się gdzieś pomiędzy liceum a studiami) jedyne o czym marzy, to wyprowadzić się z domu. Żeby nie słuchać kazań o zorganizowanym chaosie w pokoju własnym, wylegiwać się do nieprzyzwoitych godzin popołudniowych w akompaniamencie tupotu białych mew, żeby być tzw. niezależnym tworem. Tak zwanym, gdyż w podsumowaniu nawet wszelkie uroki studenckiego życia są zwykle sponsorowane przez strumyczek piniążków z rodzicielskiego portfela. Sama przeszłam przez etap "byle dalej od domu", z czasem oczywiście mądrzejąc, a finalnie docierając do etapu, kiedy to właśnie dom rodzinny ewoluował z przekleństwa na wielką wartość. Los jednak bywa przewrotny i ledwo, ledwo człowiek rozkokosił się w domowych pieleszach po dumnym powrocie z magistrem w kieszeni, na drodze stanął pewien Pan. Pan owy pochodził (no w sumie pochodzi dalej) z miasta dla mnie wówczas abstrakcyjnego, leżącego gdzieś na dalekiej Syberii. Z czasem z ww. podjęliśmy decyzję o wspólnej zagrodzie, w ramach zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa Pulpetowej kołyszącej się gdzieś w otchłani matczynego brzucha, tudzież dodatnich uczuć stałych własnych. Decyzja nie należała do łatwych, chociaż kiedy była jeszcze tworem czysto teoretycznym żyło mi się z nią całkiem gładko. W praktyce natomiast...no właśnie. Nie jest łatwo. Nie jest łatwo w dalszym ciągu, chociaż 8 miesięcy syberiady nam już tu pykło. Czasem myślę sobie, że zbyt wiele zmian naraz wzięłam na swoje barki. Urodzenie dziecka połączone z przeprowadzką do innego miasta, dodatkowo miasta oddalonego znacznie od moich stron rodzinnych nie do końca idzie w parze. Znalezienie się w nowym miejscu, z zerowym licznikiem przyjaciół, z rodziną oddaloną i tęskniącą jest po prostu chwilami przyciężkie do zniesienia. Mogłoby się wydawać, że w dobie dzisiejszego różnorodnego transportu pokonanie 400 km jest niczym. Ot wsiadasz, jedziesz i gotowe. Otóż osoba tak sądząca zapewne nie miała przyjemności wyjeżdżać z przychówkiem, który to przychówek posiada zwykle bagaż wymagający nadprzyrodzonej wręcz logistyki przy pakowaniu. Że już nie wspomnę o samej drodze, która dla takiego malucha jest mimo całotrasowej drzemki dość dająca w kość. A single trip? Nie dla matki dziecia, który wszedł na etap mamowego stalkera, radośnie bieżąc za nią krok w krok.
Taka tęsknota za domem daje się szczególnie we znaki, kiedy nadchodzi czas tradycyjnych rodzinnych spotkań, jak , daleko nie szukając święta. Po raz pierwszy w moim 26 letnim jestestwie spędzę święta bez mojej części rodziny, bez wspólnego obżarstwa i tradycyjnego wielkanocnego piwa na lepsze trawienie w gronie przyjaciół. Bez ludzi tak bardzo ważnych w moim życiu. Pocieszam się jednak faktem, że ten najważniejszy człowiek (człowieka właściwie) będzie tutaj, ze mną, uczepiona tradycyjnie maminej nogi, jak to ostatnio ma w zwyczaju. I że za jakiś czas znów się spakujemy w Nasz gumowy samochód i ruszymy poprzez polskie prerie wprost w stęsknione ramiona dziadków. I Pulpetowych i moich własnych. A tymczasem pora na kilka głębokich wdechów i odtańczenie tańca deszczu, gdyż aura za oknem panująca nawet największego optymistę doprowadziłaby do psychologicznej kozetki.
Pozdrawiam nostalgicznie,
P.