piątek, 3 kwietnia 2015

Easter blues

Kiedy człowiek jest w kwiecie swoich młodzieńczych lat (powiedzmy pałęta się gdzieś pomiędzy liceum a studiami) jedyne o czym marzy, to wyprowadzić się z domu. Żeby nie słuchać kazań o zorganizowanym chaosie w pokoju własnym, wylegiwać się do nieprzyzwoitych godzin popołudniowych w akompaniamencie tupotu białych mew, żeby być tzw. niezależnym tworem. Tak zwanym, gdyż w podsumowaniu nawet wszelkie uroki studenckiego życia są zwykle sponsorowane przez strumyczek piniążków z rodzicielskiego portfela. Sama przeszłam przez etap "byle dalej od domu", z czasem oczywiście mądrzejąc, a finalnie docierając do etapu, kiedy to właśnie dom rodzinny ewoluował z przekleństwa na wielką wartość. Los jednak bywa przewrotny i ledwo, ledwo człowiek rozkokosił się w domowych pieleszach po dumnym powrocie z magistrem w kieszeni,  na drodze stanął pewien Pan. Pan owy pochodził (no w sumie pochodzi dalej) z miasta dla mnie wówczas abstrakcyjnego, leżącego gdzieś na dalekiej Syberii. Z czasem z ww. podjęliśmy decyzję o wspólnej zagrodzie, w ramach zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa Pulpetowej kołyszącej się gdzieś w otchłani matczynego brzucha, tudzież dodatnich uczuć stałych własnych. Decyzja nie należała do łatwych, chociaż kiedy była jeszcze tworem czysto teoretycznym żyło mi się z nią całkiem gładko. W praktyce natomiast...no właśnie. Nie jest łatwo. Nie jest łatwo w dalszym ciągu, chociaż 8 miesięcy syberiady nam już tu pykło. Czasem myślę sobie, że zbyt wiele zmian naraz wzięłam na swoje barki. Urodzenie dziecka połączone z przeprowadzką do innego miasta, dodatkowo miasta oddalonego znacznie od moich stron rodzinnych nie do końca idzie w parze. Znalezienie się w nowym miejscu, z zerowym licznikiem przyjaciół, z rodziną oddaloną i tęskniącą jest po prostu chwilami przyciężkie do zniesienia. Mogłoby się wydawać, że w dobie dzisiejszego różnorodnego transportu pokonanie 400 km jest niczym. Ot wsiadasz, jedziesz i gotowe. Otóż osoba tak sądząca zapewne nie miała przyjemności wyjeżdżać z przychówkiem, który to przychówek posiada zwykle bagaż wymagający nadprzyrodzonej wręcz logistyki przy pakowaniu. Że już nie wspomnę o samej drodze, która dla takiego malucha jest mimo całotrasowej drzemki dość dająca w kość. A single trip? Nie dla matki dziecia, który wszedł na etap mamowego stalkera, radośnie bieżąc za nią krok w krok. 
Taka tęsknota za domem daje się szczególnie we znaki, kiedy nadchodzi czas tradycyjnych rodzinnych spotkań, jak , daleko nie szukając święta. Po raz pierwszy w moim 26 letnim jestestwie spędzę święta bez mojej części rodziny, bez wspólnego obżarstwa i tradycyjnego wielkanocnego piwa na lepsze trawienie w gronie przyjaciół. Bez ludzi tak bardzo ważnych w moim życiu. Pocieszam się jednak faktem, że ten najważniejszy człowiek (człowieka właściwie) będzie tutaj, ze mną, uczepiona tradycyjnie maminej nogi, jak to ostatnio ma w zwyczaju. I że za jakiś czas znów się spakujemy w Nasz gumowy samochód i ruszymy poprzez polskie prerie wprost w stęsknione ramiona dziadków. I Pulpetowych i moich własnych. A tymczasem pora na kilka głębokich wdechów i odtańczenie tańca deszczu, gdyż aura za oknem panująca nawet największego optymistę doprowadziłaby do psychologicznej kozetki. 

Pozdrawiam nostalgicznie, 
P.

6 komentarzy:

  1. I tak świetnie dajesz sobie radę! Pozdrawiam :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowo - przy takim dniu jak dziś jest dosłownie na wagę złota :)

      Usuń
  2. Ok, jak ja Cię rozumiem... Mnie co prawda Wielkanoc tęskniący-rodzinnie nie rusza (dwie hiszpańskie Wielkanoce przeżyłam i było wspaniale) ale przez 30 lat nie wyłamałam się z Gwiazdki. Oj tak, to by mnie ruszyło... A może to ten śnieg? Trzymajcie się dziewczynki! Xxxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie bardziej rusza sam fakt spotkania rodzinnego niż Wielkanoc jako taka, bo od zawsze nie przepadam. A ta cholerna pogoda to po prostu robi z człowieka jedną wielką kupę egzystencjonalną :P Trzymamy się jednak dzielnie, co niektórzy nawet bardzo dosłownie ;)

      Usuń
  3. Oj tak, doskonale Cię rozumiem. Nam w maju stuknie rok naszego życia na nowym i bardzo oddalonym. Też mnie czasem ta tęsknota przygniata. A najbardziej fakt, że Matylda tak rośnie, tak się zmienia szybko-a bliscy tego nie widzą. Żal mi. Ale z raz na dwa miesiące pakujemy nasz cygański i tabor i jedziemy odwiedzać. Bez tego było by ciężko. Pozdrawiam ciepło! I mimo odległości - pięknych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, zmiany przy przy takim maluchu idą jak burza, a przez telefon/skajpapaje/i inne takie jednak oddać się tego nie da, chociaż każdy robi co może. Wesołych świąt dla Was!

      Usuń