wtorek, 31 marca 2015

Na bombę

Początkowo idziesz spokojnie. Stopniowo przyspieszasz kroku, by finalnie wybić się z krawędzi pomostu i chlupnąć hen, głęboko w wodę. Wypływasz na powierzchnię lekko oszołomiony. Nieraz łykniesz przy okazji wody, a fala wypłucze ci ostatnią soczewkę, dzięki czemu świat dookoła staje się lekko rozmazany. Czasem stwierdzisz, że nigdy, ale to przenigdy więcej. Czasem jednak od razu biegniesz na bombowy riplej...
Nie spodziewałam się, że bycie matką ma aż tyle wspólnego z ogólnopolską rozrywką każdego polskiego kąpieliska w pełni sezonu letniego. Dowiadujesz się, że te dwie kreski na aptecznym teście wcale nie są błędem pomiarowym. Przemiły Pan doktor pokazuje Ci maleńką kropkę na ekranie, a Ty dalej nie do końca ufasz temu, że ma Ona wyewoluować w małą wersję Ciebie. Powoli oswajacie się ze wspólnym życiem. Zwisacie wspólnie nad pobliskim kibelkiem. Suplemetujecie się sumiennie. Dostajecie pisemko w pracy apropo wymogów pracy przed komputerem dla kobiet w ciąży. Z czasem wspólny żywot nabiera jednak rozpędu. Najchętniej przeczepiłabyś sobie wiaderko do podręcznej torebki, by ułatwić sobie wydalanie hektolitrów płynów. Mały obywatel coraz okazalej rozgaszcza się w przytulnym brzuchu, wyrażając swoje uczucia kopniakami w poszczególne narządy matki. Rośniecie w siłę, puchnąc swobodnie z dnia na dzień. Aż w końcu nadchodzi finalny skok. I szok. Po kilku godzinach najwymyślniejszych przekleństw pod adresem otaczającej rzeczywistości, tudzież sprawcy całego tego zamieszania Na Twojej piersi ląduje maleńka kopia Ciebie (albo też wspomnianego sprawcy, goddamnit). Cała wasza trójka jest lekko zmieszana. Lekko oszołomiona. O strachu nie wspominając. Po wszelkich szpitalnych obrządkach słyszycie upragnione "Mogą Państwo iść do domu". Alleluja! Wszak tylko o tym marzyłaś. Wracacie. Rozpakowujecie świeżo powite potomstwo i...No właśnie. Zachłystujesz się nową rzeczywistością. Mnogość nowych obowiązków w połączeniu z hormonalnym huraganem dają do wiwatu w akompaniamencie kwilenia Naszego przyrostu naturalnego. Masz nieodparte wrażenie, że za dużo, że nie masz siły, że dlaczego i po co to było. Niagary łez płyną wraz z wydartym z doby 5 minutowym prysznicem. Aż tu nagle okazuje się, że wspomniana już soczewka wraca na swoje miejsce, bo tak naprawdę tylko się dziadostwo podwinęło, zakrzywiając rzeczywistość. I wychodzisz po raz kolejny z łazienki wypłakana i spokojna. Wracasz do pobudek o 4 rano. Do blendowania ekomarchewki. Do ocierania łez po przegranej bitwie ze ścianą. Do ząbkowego marudzenia i kolejki po Dentinox. Do roli osobistego stalkera. Do ogarniania pięciuset spraw w trakcie jednej dzieciowej drzemki. Do matkowania najważniejszej osobie na tym łez padole.
I chociaż chwilowo nawet nie myślę nawet o powtórnym skoku, to niewykluczone, że pewien życzliwy pan po prostu mnie do tej wody znów zepchnie... A ja znów dumnie wypłynę na powierzchnię :)





Pozdrawiamy, 
P&J

piątek, 27 marca 2015

Kwieciem pachnie...

Pomimo pewnych perturbacji pogodowych (patrz śnieżny poranek niedzielny) w Nasze polskie progi zawitała długo wyczekiwana wiosna. Nie ukrywam, że momentami popadam w stany półeuforyczne, ekscytując się każdym napotkanym znacznikiem wiosennym. No lubię, uwielbiam po prostu ten czas. Tym bardziej, że zwierzęciem ciepłolubnym jestem i takie 15+ pobudza do działania bardziej niż przysłowiowa wielka czarna (bo kto przy matkowaniu na małą by się rozdrabniał). 
Wraz ze wzrostem chęci do działania wzrósł również poziom chęci do zmian w otoczeniu. O ile na dzień dzisiejszy w Naszej zagrodzie niewiele mogę zdziałać, o tyle w kwestii wystroju karocy Pulpetowej można już poszaleć. W związku ze wspomnianym szaleństwem skierowałam czym prędzej swój kursor ku niezawodnej Leli i nabyłam okrycie wierzchniowózkowe w wersji lajt dla Potomkini. Okrycie na wskroś dziewczynkowe i cieszące oko za każdym jego rzutem. Mowa tu o śpiworku wiosennym wprost z magnoliowego ogrodu. Na stronie producenta prezentuje się on tak:


by Lela Blanc

Mogę śmiało powiedzieć, że powtórzyła się sytuacja z zakupów śpiworka zimowego. Mianowicie zdjęcie nie jest do końca wiarygodne. Na żywo wzór jest bowiem jeszcze piękniejszy ;)





Po zamontowaniu prezentuje się on tak, jak na zdjęciu poniżej. Jeśli kogoś zdziwi półwózek prezentacyjny - niestety z racji chwilowych niedoborów przestrzennych wózek całościowy montujemy tylko na rzecz eskapad. Ale mniejsza z warunkami lokalowymi, wróćmy do śpiworka:




Po całkowitym odpięciu śpiworka w wózku pozostaje dalej ciesząca oko, miękka wkładka:



Jak widać śpiworek jest w 100% odpinany, także w razie humorzastej pogody jesteśmy zabezpieczeni :)




Należy jednak dodać, że materiał nie jest wodoodporny, także ewentualna folia w podwózkowym koszyku też Nam się przyda, co by Nasze potomstwo przypadkiem nie wypłynęło na fali jakiejś nagłej ulewy.
Część śpiworkowa, oprócz zamka błyskawicznego posiada również dodatkowe przypięcie w postaci kołeczków, dzięki czemu śpiworek możemy podpiąć ciut wyżej i ewentualnie solidniej otulić naszego dziecia.



Dodatkowo, w górnej części wkładki mamy troczki, dzięki którym możemy jeszcze bardziej ją ustabilizować. Chociaż u Nas samo przełożenie pasów w zasadzie wystarczyło. Troczki jednak trzeba było zagospodarować i w związku z brakiem innego punktu zaczepnego przyozdobiły one rączkę od regulacji kąta oparcia.






Oczywiście mamy tu również miejsce na pięciopunktowe pasy bezpieczeństwa w dwóch wersjach rozmiarowych, tudzież dodatkowy otwór w górnej części śpiworka w razie potrzeby. Wszystko tradycyjnie wykończone do ostatniej niteczki. 


Główny użytkownik oczywiście z miejsca ruszył do macania nowej wózkowej aranżacji:


Po czym ruszyliśmy na ładujący bateryjki spacer inauguracyjny opstrykowując Pulpetową w ilościach półprzemysłowych:








Czytając opisy zarówno śpiworka zimowego jak i wiosennego możesz odnieść wrażenie mój Drogi Czytelniku, że wraz z przesyłką właściwą dostajemy od Leli miliony profitów w zamian za dobre słowo o ich produktach. Zasadniczo profity są i ukrywać tego nie będę - wszak dobrze zainwestowane pieniądze też dla Nas profitem są. Dodatkowo oznajmiam, iż wszelkie superlatywy względem tej firmy płyną wprost z serca od zadowolonego użytkownika ich produktów. A zważ na to, że matka to klient wyjątkowo wymagający, szczególnie w kwestii produktów dla dziecia osobistego. Ponadto jestem osobą, która do obsługi klienta przykłada niemalże równą wagę jak do jakości produktu stąd moja wysoka sympatia do Leli, gdzie obsługa ta jest dziesięciogwiazdkowa.



Gdyby jeszcze tylko w ofercie pojawiły się jakimś zupełnym przypadkiem odpowiednio piękne ochraniacze na pasy...<rozmarzona>


Pozdrawiamy przekwieciście,
P&J

wtorek, 24 marca 2015

Ready...Steady...Go!

(...) Było piękne, wiosenne popołudnie. Matka nucąc sobie cichutko pod wąsem zmywała poobiednie gary. Wtem, gdzieś pomiędzy szczękanie naczyń i szum wody wkradł się nowy dźwięk. Sapiący i pełen nieskrywanego wysiłku. Zaniepokojona matka rzuciła okiem za pobliski róg. To co ujrzała zaparło jej dech w oplutej zupką piersi. Jej osobista Potomkini RACZKOWAŁA dumnie poprzez prerie przedpokoju wprost do matczynej nogi. Kurtyna. Oklaski. Bis. Od wczorajszego popołudnia powtarzany z dziką radochą kilkaset razy. Nie ma co, talent po mamusi. Do robienia wszechogarniającego chaosu również. 





Pozdrawiamy z podłogowych nizin,
P&J

wtorek, 17 marca 2015

Kontrola techniczna na bis

Ani się człowiek nie obejrzał, a tu ciach - 8 tygodni minęło i nastał czas kolejnej wizyty kontrolnej u lekarza. Swoją drogą niezmiernie mnie cieszy fakt, że całą zimę obyło się bez wizyt ponadprogramowych, mających na celu jakąkolwiek diagnozę chorobową. Ale wracając do tematu głównego, poniżej garść bieżacych pomiarów i nowinek okołopulpetowych:
- na początek waga, która to tradycyjnie znajduje się już na wyżynach wszelkich norm - na dzień dzisiejszy matczyny biceps sponsorowany jest przez całe 10,5 kg córki własnej. Jak widać przyrost wagowy zwolnił w końcu swoje tempo, a wszelkie wysiłki rozwojowe idą teraz we wzrost Potomkini.
- w kwestiach wzrostowych zmiany są dość konkretne - dzieć przekroczył granicę 70 cm i przystanął na 72. Jeszcze tylko około metra i ot, dogoni mamusię, a może i finalnie przeskoczy, gdyż wstępne rokowania wszelkich lekarzy wskazują na dziewoję dość okazałą pod względem wzrostowym.
- idąc dalej obowody pozostałych, lecz nie mniej istotnych części ciała kształtują się na poziomie 46 cm dla główki, oraz 48 cm dla klaty,
- o zębach było już w ostatnim bilansie miesiąca, natomiast dnia wczorajszego okazało się, że na świat nieśmiało wygląda również jedna z górnych dwójek. Tym oto sposobem Pulpetowa może się poszczycić całymi pięcioma kiełkami w swojej zaślimtolonej buźce,
- w związku z tym, że od czasu do czasu w okolicach skroni Pulpetowej pojawiają się szorstkie placyki, będące przejawem alergii na którąś ze składowych pożywienia czeka nas powrót do probiotyku, dodatkowo koniecznie zawierającego bakterię Lactobacillus GG. Ma to pomóc dojrzewaniu układu pokarmowego, a co za tym idzie zmniejszyć jego przepuszczalność dla czynników alergizujących.
Tradycyjnie już Potomkini widząc ilość ludzi przekraczającą zgrany duet zajmujący się Nią na co dzień załączyła swój tryb szajning lajk a star i od momentu wejścia do poczekalni aż do opuszczenia budynku rozsiewała swoje przyszczerbione uśmiechy na prawo i lewo. Dodatkowo zakosiła Pani Doktor stetoskop, a później opowiedziała jej z zapałem jedną ze swoich nie kończących się historii. Zachwytom nad komunikatywnością dziecia nie było końca, a rodziców tradycyjnie pokrył dumny puch nad puchami. Nie ukrywam, że towarzyskość Pulpecika jest rzeczą znakomitą, szczególnie w coraz wyraźniejszej perspektywie żłobka i mam nadzieję, że już taka pozostanie. Jak jednak powszechnie wiadomo kobieta zmienną jest i nigdy nie wiadomo, co też do końca w jej głowie siedzi...Cóż, czas pokaże, My tymczasem wracamy do ukochanych Muppetów (dziecko) i sernika (matka na wiosennej diecie).

Daj sernika <3


Pozdrawiamy w pełni wiosennie,
P&J

piątek, 13 marca 2015

Gadżetownia part 3

Mam na imię Patrycja i jestem kubkoholikiem. Nałóg niby nieszkodliwy, aczkolwiek z czasem może prowadzić do problemów na gruncie przestrzenno - kuchennym. Tym bardziej jeśli gustuje się w kubkach okazałych, mieszczących przynajmniej przysłowiową połówkę. W świetle takiego nałogu posiadanie dziecka, które to na dodatek ma ciągoty do picia wywołuje znajomy dreszczyk zakupowych emocji, który to dreszczyk w efekcie nakłonił matkę do zakupu pierwszego córkowego kubka. Dodatkowo epizod niekapkowy z kubkiem twardoustnikowym dał jasno do zrozumienia, że na start potrzebujemy coś z ustnikiem miękkim, który nie będzie nadwyrężał kiełkującego uzębienia ciamkającej wszystko Pulpetowej. Tym oto sposobem zagościł u Nas kolejny już Aventowy produkt - kubek niekapek wersja Classic 6+:




Pojemność kubka to 200 ml. Niestety nie posiada on żadnej miarki, w związku z czym przygotowywanie napoju powierzamy własnej intuicji ewentualnie odmierzamy dokładną ilość przykładowo butelką. Jego kompaktowe rozmiary pozwalają dziecku na trzymanie wypełnionego kubeczka nawet jedną łapką, ułatwia to również kręcenie naczyniem we wszelkie możliwe strony. Zawodowe rzuty kubkiem zresztą też.
Ustnik jest silikonowy, przyjazny małym ząbkom oraz obolałym dziąsłom naszego dziecia. Posiada jeden, podłużny otwór, znajdujący się na szczycie. Dzięki swojej elastyczności nie musimy się obawiać, że cokolwiek urazi pyszczek potomstwa.
Sam kubek jest łatwy w obsłudze oraz myciu, bardzo łatwo go rozmontować i wyszorować po spożyciu. Rączki spełniają dodatkowo (przynajmniej w naszym przypadku) rolę gryzaka.







Z ręką na sercu mogę również stwierdzić, że w Aventowym przypadku umieszczenie określenia "niekapek" w nazwie nie było zwykłym, marketingowym chwytem. Jak widać powyżej Pulpetowa kręci kubkiem na wszelkie możliwe strony pozostając jednak w miarę suchej garderobie (yep, ślinotok towarzyszący kiełkowaniu nadal ma siłę godną małego wodospadu). 
Podsumowując, kolejny raz Avent mnie nie zawiódł. Co prawda niekapek jest jeszcze z nami zbyt krótko, by w pełni ocenić jego odporność na entuzjastyczną pulpetową eksploatację , ale póki co jestem na tak, tym bardziej, że próby podawania płynów dzieciowi nie raz i nie dwa po prostu  sromotnie polegały. A tu masz masz babo kubek i bach, dziecina pociąga sobie płyny aż miło. Po prostu bajka. 




Pozdrawiamy, 
P&J

czwartek, 5 marca 2015

8!

Z racji tego, że miesiąc ósmy przypadł nam na luty minął on jak sen złoty. I chociaż było krótko, to co do treściwości nie mogę mieć najmniejszych zarzutów. Zapraszam więc na garść nowości, które przyniósł nam kolejny miesiąc wspólnego egzystowania w towarzystwie Pulpetowej.

wtorek, 3 marca 2015

jedna-baba-drugiej-babie.com

Że bez internetów, jak bez ręki to oczywista oczywistość. Że najpierw internety, a później zakupy/lekarz/dowolnie wybrana rozrywka wiadomo powszechnie również. Że znakomita większość społeczeństwa posiada ukryte kły jadowe, które trzymają formę dzięki wszechobecnym okienku "dodaj komentarz"  to też (niestety) prawda.  Hołdując często zasadzie "nie znam się, to się wypowiem" w internetach aż kipi od wujów i cioć dobrych rad, którzy w żaden sposób nie akceptują fakt, że ktoś może posiadać zdanie odmienne. Ba, może nawet mieć rację! Mogłoby się wydawać, że w środowisku matczynym pryskanie jadem, tudzież dawanie absurdalnych wręcz rad (z głębokim przekonaniem o ich skuteczności) się raczej nie zdarza. Bo matka z matką zawsze się dogada. Bo dzieć powoduje wzrost empatii i tolerancji na różne sprawy. Bo cierpliwości jakby więcej. Okazuje się jednak, że nic bardziej mylnego, bowiem Polska Mamuśka potrafi dosolić na poziomie najwytrawniejszych internetowych hejterów. A przy okazji dysponuje wachlarzem metod wychowawczych, leczniczych i dietetycznych tak szerokim, że niejeden specjalista poczułaby się zawstydzony...Oczywiście nie zawsze jest też kolorowo i Mamuśka nie raz i nie dwa szuka rozwiązania problemu u Mamusiek w grupie. Ale dość teorii, czas na praktykę - przed wami najlepsze smaczki z kopalni porad i problemów rodzicielskich:


ktoś?coś?



niepewność zabija



nic tylko się cieszyć - będą małe mandarynki <3



pomywak, spluwanie i czerwony sznurek w służbie nowoczesnej matki



wpis przerażający mnie osobiście - wszak Pulpetowa od dłuższego czasu babuje.
Czyżby czas na szykowanie podwójnej wyprawki?


podsumowanie


źródło dyrdymałów: niezastąpiona Beka z mamuś na forach

Pozdrawiamy,
P&J

czwartek, 26 lutego 2015

Towar deficytowy

Cóż, nie ukrywajmy - pojawienie się dziecka w naszej zagrodzie przewraca Nasz świat do góry nogami. Owszem, z czasem chaos częściowo zostaje opanowany, ale są pewne aspekty, które odchodzą bezpowrotnie. I tak, kochamy Naszego małego obywatela/kę miłością czystą i nieskalaną, ale...No właśnie, zaczynamy tęsknić, a retrospekcje z życia "przed" stają się coraz częstszym elementem codziennej gonitwy myśli. W związku z tym dziś kilka słów o tym, za czym tęskni na dzień dzisiejszy Matka Polka Pulpetowa.

czwartek, 19 lutego 2015

Gadżetownia part 2

Po najdłuższym życiu (a przy okazji małym odblogowaniu dla higieny psychicznej) postanowiłam zreanimować serię postów o Naszych gadżetach okołopulpetowych. Jak widać po tytule cykl zbytnio rozwinięty do tej pory nie był, aczkolwiek mam mocne postanowienie nadania mu nowego życia. Zresztą, lepiej późno niż wcale :)
 Jednakże do rzeczy. Dzisiaj kilka słów na temat pluszaka, który początkowo traktowany z chłodną obojętnością przez obdarowaną, aktualnie ratuje nie raz i nie dwa dzieciowe drzemki. A oto i on:

główny bohater
Na pierwszy rzut oka można stwierdzić pfff, miś jak miś tyle że w wersji bardziej wieczorowej. Calość miękka, ciut kudłata acz włosia nie gubiąca (na szczęście, bo wiadomo, że przy ciamkającym wszystko co podleci niemowlęciu aspekt stałości futra jest niezwykle ważny). Rozmiary optymalne - około 50 centymetrów.  Z tyłu mamy długi, solidnie trzymający i porżadnie wszyty rzep, dzieki któremu bez problemu możemy się dostać do misiowego wnętrza, gdzie ukryty jest dość sporych rozmiarów mechanizm muzykujący.


na tyłach


uchylamy rąbka (a właściwie rzepa) tajemnicy


sedno sprawy
Mechanizm grający kryje w sobie 3, różnej maści i długości dźwięki. Dwa z nich zaliczamy do typowo kołysankowych, trzeci natomiast to odgłos chrapania, który teoretycznie miał zapewne dziecia do snu nakłonić, a w praktyce okazał się jednym z rozśmieszaczy roku. O ile pierwsza melodia kołysankowa jest dość krótka i trzeba pogwałcić riplej dobre kilkanaście razy, żeby cokolwiek drzemajacego uzyskać, to kołysanka numer 2 wymaga już ewentualnie jednego dodatkowego kliknięcia. Ewentualnie, bo często jedna długość w zupełności starcza, by Pulpetowa odpłynęła w komitywie z Morfeuszem. Fakt, że jakikolwiek dźwięk jest ją w stanie uśpić początkowo niezmiernie mnie dziwił, gdyż do tej pory żaden z trendy suszarko-odkurzaczowo-wombowych dźwięków nie działały. A tu masz babo misia. Warto też nadmienić, że miś, a właściwie jego czapka jest jednym z ulubionych elementów do miętolenia w dzieciowym pyszczku.

zgrany duet

#zrąsi #najlepiej

Podsumowując, jestem zdecydowanie na tak. Po pierwotnym sceptycyzmie miś wrócił do łask matczyno-dzieciowych i na dzień dzisiejszy zajmuje stałe miejsce w Pulpetowym łożu. Solidna robota plus efektywne działanie przy usypianiu osobistej jęczybuły - czego chcieć więcej?

Pozdrawiamy,
P&J

wtorek, 10 lutego 2015

Jeśli nie chcesz mojej zguby, wolny wieczór daj mi luby...

Albo nawet i dwa (!). 
Nie da się ukryć, że z momentem pojawienia się naszego puchatego przyrostu naturalnego, życie towarzyskie delikatnie rzecz ujmując upada. Jakiekolwiek spotkanie ze znajomymi urasta do rangi wyzwania logistycznego i dopięcia wszystkiego co do najmniejszego nawet szczegółu. Aczkolwiek nie jest to rzecz niemożliwa, nawet jeśli na przysłowiowe piwerko trzeba przejechać od 200 do 400 km. W ostatni weekend matka postanowiła więc wyzwanie logistyczne podjąć, spakować manatki i ruszyć ku stolicy celem strzelenia kilku głębszych w doborowym, przyjacielskim towarzystwie. Od urodzenia Pulpetowej był to drugi raz, kiedy to dziecina została pod czujną opieką tandemu ojcowsko-babciowego na 24 godziny plus. Duet opiekuńczy kierowany był  drobiazgowo zapisanymi prze matkę dwiema A4 z wytycznymi co do obsługi córkownuczki. Plus oczywiście nadzór telefoniczno - mmsowy (God bless technologia).
Niewątpliwie dla pewnej części matek pozostawienie młodzieży na taki czas wydaje się nie do pomyślenia. Szczerze mówiąc, przy pierwszym wyjeździe, kiedy to Pulpet miał zaledwie 3 miesiące również miałam wątpliwości cały worek, łącznie z myślą o odwołaniu całej imprezy względem pozostania przy dziecku. Ale... matka też człowiek.  A kiedy na dodatek jest zwierzęciem wysoce towarzyskim taki wyjazd działa lepiej niż pobyt w najbardziej dżezi SPA. Bo nie będę tu ukrywała, całe dnie z Pulpetową dają nie raz, nie dwa popalić. A szczególnie od chwili, kiedy to zaczęło się jej zębiszczowe opętanie. Fakt, że pojawienie się dzieciny na świecie zbiegło się z przeprowadzką na drugi koniec Polski, do całkiem bezznajomościowego jeszcze miasta też na korzyści moje psychiczne nie działa. Słowem... nie ma miękko. Bo nawet najdłuższe konwersacje na Messangerze nie zastąpią wspólnego wyjścia, a żaden telefon czy inne skajpy konwersacji face to face. W takiej sytuacji, względem prawidłowej kondycji psychicznej wspólnej Pan Ojciec raz na jakiś czas bierze córkę pod swoje rosłe skrzydła i wysyła matkę do ludzi na dzień lub dwa. I za to jestem mu niezmiernie wdzięczna. Chwila oddechu od codzienności, choćby miała formę przeleżenia całego dnia na kanapie w gronie bliskoprzyjacielskim oraz tupotem białych mew uparcie dźwięczących w obolałej łepetynie, daje siłę na kolejne starcie z ząbkującą rzeczywistością. Naładowane towarzysko baterie podkręcają radość z powrotu do puchatego dziecia i dumnego z opieki nad nim chłopa własnego. A kiedy od progu wita nas roztrzęsione wręcz z radości na widok matki dziecię, to aż się łezka w rozmazanym po naprędce złapanej busowej drzemce oku kręci... 

#najpiekniejszawcalejwsi
#mamuniawrocila
#kochamzelomatkobosko


Pozdrawiamy,
odświeżona macierzyńsko P&J

piątek, 6 lutego 2015

Wiadro internetów poproszę

Nie jest żadną tajemnicą, że w dzisiejszych czasach bez internetów jesteśmy jak bez przysłowiowej ręki. A nawet i dwóch. Mało tego, cała nasza rzeczywistość z dnia na dzień staje się coraz bardziej skomputeryzowana - robimy sobie reset, czasem zdarzy się jakiś error, a  wszelakie wydarzenia w naszym życiu są zwykle in progress. W (nie)znakomitej większości leczy nas dr Google, którego zwykle diagnoza sprowadza się do tego, że ten upierdliwy ból głowy to na pewno jakaś odmiana nowotworu, a z tą wysypką na ręce powinniśmy już dawno nie żyć. Portale społecznościowe pozwalają nam na dzielenie się wszystkim ze wszystkimi bez potrzeby wychodzenia na przysłowiowe piwerko/kawkę/cokolwiek. Lajkujemy, szerujemy i obstatusowiamy nasz żywot. Szybko, wygodnie i w dresiku robimy przegląd wydarzeń na świecie, zwykle dając upust swoim emocjom komentując uszczypliwie to i owo, bo przecież moja racja jest najwszystko.
Oczywiście internety ułatwiają nam też codzienność. Jednym kliknięciem możemy załatwić zakupy, rachunki czy wizytę u lekarza. Ba, możemy nawet pogadać z psychologiem przez Skype`a, czy też udoskonalić swoje kwalifikacje życiowo - zawodowe dzięki bogactwu kursów on - line. Jak się niedawno dowiedziałam , możemy też dowiedzieć się kilka nowych rzeczy na temat naszej osobowości, bez konieczności korzystania z pomocy profesjonalnej. Ot, klikamy w odpowiednią aplikację i proszę bardzo, okazuje się, że nasze lajczki i statusy dają nam obraz tego, jacy jesteśmy. Ciekawe? Nie wątpię. Temat zainteresował mnie ciut z punktu zawodowego, aczkolwiek głównie wrzuciłabym to do szufladki z rozrywką parapsychologiczną. A więc do rzeczy.
Zacznijmy od strony teoretycznej. Sama koncepcja internetowego badania osobowości za pomocą aplikacji opiera się na tzw. Wielkiej Piątce, która to Piątka jest podstawą podstaw w naszym psychologicznym światku. Jak sama nazwa wskazuje ten model osobowości tyczy się 5 różnych wymiarów, takich jak: neurotyczność (która jednym biegunem jest stabilność emocjonalna, natomiast drugim emocjonalne niezrównoważenie, czyli krótko mówiąc dotyczy tego, jakie emocje nami rządzą - pozytywne czy negatywne) ekstrawersja (dość powszechnie znane określenie, które dotyczy po prostu do tego, jak wyglądają nasze kontakty z innymi ludźmi, zarówno pod względem jakości, jak i ilości, a także jaki poziom aktywności i pozytywnych emocji reprezentujemy na co dzień), otwartość na doświadczenia (pokazującą, jak reagujemy na nowości w naszym życiu, a także czy potrafimy takie nowości wartościować na plus dla Nas), ugodowość (znów mamy tu temat kontaktów z innymi ludźmi, tym razem z perspektywy nastawienia (na +/-) do nich) oraz sumienność (powiązaną z kolei z tym,  czy jesteśmy wytrwali w dążeniu do wyznaczonego celu czy też słomiany zapał to nasze drugie imię, a także poziomu naszego zorganizowania).
Wychodząc naprzeciw cyberużytkownikom żądnym wiedzy o samym sobie naukowcy (i to nawet z wątkiem polskim, gdyż jednym z twórców jest dr Michal Kosinski, psycholog robiący karierę w murach prestiżowego Cambridge). stworzyli aplikację myPersonality, która na dzień dzisiejszy użytkowana jest poprzez miliony użytkowników na całym świecie. Aplikacja ma za zadanie przedstawienie nam własnego, osobistego poziomu cech, które zawarte są we wspomnianej wcześniej Piątce. Badania, które były przeprowadzone przy okazji tworzenia aplikacji wykazały, że wszelkie treści fejsbukowe, które powiązane są z naszą osobą, są lepszym wyznacznikiem tego jacy jesteśmy niż to, co uważają o Nas znajomi. Zasadniczo takie wyniki mogły być do przewidzenia - wszak w internetach jesteśmy nie raz i nie dwa odważniejsi i bardziej otwarci niż stojąc z kimś twarzą w twarz. Osobiście jestem sceptykiem w kwestii takich internetowych pomiarów cech osobowości, spraw okołopersonalnych czy też zdrowotnych. Tym bardziej jeśli zahaczają o portale społecznościowe. Z jednej strony w internetach czujemy się ciut bardziej "do przodu" i łatwiej nam przychodzi dzielenie się wszelkimi treściami, z drugiej jednak zdarza się, że lajkniemy komuś coś, bo po prostu chcemy mu sprawić przyjemność, skomentujemy bo wypada, albo polecimy typem like za like, nie zawsze zupełnie zgodnie z naszymi zainteresowaniami. Myślę, że tego typu aplikacje, służace do autodiagnozy mogą trochę mieszać w realnym, diagnostycznym świecie. Nierzadko zdarza się przecież, że obywatel, po internetowych weryfikacjach swoich dolegliwości idzie do lekarza przedstawiając mu od razu objawy, diagnozę i leczenie, zwykle zanim to medyk zdąży choćby usta otworzyć.
Słowem kluczem, które podsumowałoby najlepiej dzisiejsze cyberwynurzenia zostaje więc DYSTANS. I to przez duże De, żeby co niektórzy z obywateli obowiązkowo dodali sobie to słowo do słownika wyrazów użytkowych. Zostawmy diagnozy lekarzom, cechy osobowości psychologom, a sami zapakujmy najlepiej dziecia w wózek i idźmy na spacer, co by znakomitą kondycję psychoficzną podtrzymać i to bez specjalistycznego wspomagania.




Pozdrawiamy, 
P&J

środa, 4 lutego 2015

7!

Yep, kolejny miesiąc za Nami. Częściowo opierał się na schematach z miesięcy wcześniejszych, ale pojawiły się również aspekty nowe, o których kilka słów dziś będzie.

wtorek, 27 stycznia 2015

To nie moje są słowa - to legenda ludowa.

Stało się. Zrobiłyśmy test, pobiegłyśmy z wynikiem po profesjonalne potwierdzenie do lekarza, kupiłyśmy pierwsze ciążowe witaminy i oto możemy zacząć naszą ciążową przygodę. Po pewnym czasie informujemy szersze grono odbiorców, że tak, że owszem wkrótce będzie Nas więcej. I tu zaczyna się magiczny etap ciąży, który to mnie osobiście niezmiennie rozbawiał. Mowa oczywiście o zabobonach, których mnogość (i kreatywność) sprowadza się do tego, że przyszła mama powinna zamknąć się w przytulnych 4 ścianach i po prostu leżeć. I to na dodatek w odpowiedniej pozycji, bo nie daj Boże...A więc do rzeczy, przed Państwem Złota Dziesiątka mitów, którymi  świat częstuje przyszłe mamy:

czwartek, 22 stycznia 2015

Nam chodzi o odgłos paszczą!

Kiedy już w naszej zagrodzie pojawia się wyczekiwany przyrost naturalny pod postacią małego, puchatego dziecia to możemy być pewni, że poziom naszej inteligencji zrobi zamaszysty w tył zwrot. Dziecięco - zabawkowe melodyjki weżrą nam się na tyle głęboko w umysł, że nawet pod prysznicem będziemy nucić przypowiastkę o krasnoludkach. Albo o dwóch małych pieskach. Albo o jagódkach też. Komunikacja na linii dzieć - matka również nie zachwyca górnolotnością. Co prawda nie raz i nie dwa potomstwo wysłucha monologu matczynego z bardziej lub też mniej znudzoną miną, czasem nawet rzuci nawet zabawką czy plujnie zupką w ramach niezgodności opinii. Głównie jednak dialogi takie przypominają... no właśnie trudno nawet określić co. Nieskładna, dyskursyjna kakofonia dźwięków rozlega się u Nas kilka (naście) razy dziennie, trenując sąsiedzką cierpliwość i nakręcajac zyski producentom zatyczek do uszu. W tym całym paszczowym zamieszaniu faworytem, który to rozbawia moją dziecinę do rozpuku jest ostatnio wysoce sztuczny odgłos kichania. Dosłownie boki zrywać. A dowody poniżej:




Przy okazji uwsteczniania się odkryłam też jedną, bardzo ciekawą zależność. Mianowicie wraz ze spadkiem inteligencji własnej, rośnie poziom odporności na depresję i wszelkie jej stany pochodne. I ból mięśni brzucha (które jednak istnieją!) od tych śmichów chichów też rośnie. Zresztą... jak to mówi staropolskie przysłowie - kiedy jest przyjemność, koszta się nie liczą. 

Pozdrawiamy,
P&J

wtorek, 20 stycznia 2015

O kradziejstwie słów kilka.

A zwykle wygląda to tak... Rodzimy dziecię płci żeńskiej. Dziecię rośnie. I rośnie. I jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, przy płci pierworodnej pozostaje. I ta oto płeć odkrywa nagle zasoby łazienkowo - kosmetyczne swojej rodzicielki. I cichaczem (początkowo), a później już całkiem oficjalnie zasoby te zaczyna wypróbowywać na skórze własnej. Skutki są różne - bardziej lub mniej malownicze. A później rola się odwraca. Matka gubi się gdzieś w gąszczu marketingowych chwytów producentów kosmetycznych i zaczyna opierać się na tym, co dziecię ma we własnym już kosmetycznym zasobniku...I tak oto urodowa przygoda kołem się toczy.

piątek, 16 stycznia 2015

Dodaj znajomego

Zaczyna się całkiem zwyczajnie. Pani poznaje Pana. Z nutką niepewności, lekko zdystansowani wymieniają pierwsze poglądy. To o muzyce. To o kinie. O tym co lubią i co ich wnerwia. Pojawia się pierwszy sms na dobranoc. Później dochodzi ten na dzień dobry. I ten taki, ot po prostu...

środa, 14 stycznia 2015

Kontrola techniczna

Po kilku dniach zawieszenia w medycznej próżni, przychodnia nasza podręczna schowała focha do kieszeni i otworzyła swe gościnne wrota celem zaspokojenia kontaktów pacjentowo - lekarskich. Nie zwlekając (bo któż to wie, kiedy to znów się naszej kochanej służbie zdrowia odwidzi) spakowaliśmy Pulpetową do wózka i udaliśmy się na przegląd techniczny. I tym oto sposobem dowiedzieliśmy się, co następuje:

sobota, 10 stycznia 2015

Kupa na salonach

Całkiem  niedawno w sieci pojawił się artykuł  pani Kublik traktujący na temat niegodziwego postępowania pewnej matki w okolicznościach restauracyjnych. Jak można było się spodziewać rzecz ta stała się punktem zapalnym w środowisku okołodzieciowym (i nie tylko) i tak oto jeden, niepozorny pampers wywołał gorącą dyskusję jak kraj długi i szeroki.
Mawia się, że zwykle prawda leży pośrodku. I w tej sytuacji to powiedzenie się sprawdza, przynajmniej w mojej opinii. Mało tego, zgadzam się z Panią A., że wymiana pieluchy przy stole jest po prostu niesmaczna. Sama jestem matką, ba nawet matką bywającą. Nie przeszło mi nigdy przez myśl, by dziecia mego osobistego rzucić na stół i tak po prostu, przy licznej i konsumującej widowni okazać, co też dziś moja córka zjadła na obiad. Oczywiście, nie wszystkie lokale w Polsce przystosowały się już do faktu, że rodzic to nie klient trzeciej kategorii i nie wychodzi z domu po 3 latach od powicia potomstwa, nie umiejąc się przy tym odnaleźć w otaczającym świecie. Jednakowoż toaletę jako taką posiada lokal każdy i to już wystarcza do czynności okołopupnych dzieciny. Nie ma przewijaka - ok, trudno. Jest podłoga. Jest kibelek. Jest podręczna torba matczyna, w której to mata do przewijania jest częścią integralną. Jest w końcu kreatywność i wprawa matki, która pampersa potrafi zmienić jedną ręką. Jednym słowem - chcieć to móc. Pani Agnieszko - łączę się w niesmaku, jednocześnie jednak oponując wobec innych stwierdzeń w pani felietonie, które to przeczą lekko części tytułowej, jakoby felieton przeciw matkom nie był. 
Otóż...rzecz pierwsza. My, rodzice nie "ciągniemy" naszych dzieci wszędzie, gdzie popadnie. Ba, niezwykle miłe są momenty, kiedy to możemy potomstwo zostawić pod czyimkolwiek czujnym okiem. Ale czasami po prostu inaczej się nie da, i nasze szczęście ląduje obok przy stoliku. Bo uwaga - my też musimy jeść. Nie żyjemy samą rodzicielską miłością. I nie uważamy, że dziecko to ograniczenie skazujące nas na żywienie się wyłącznie w zaciszu domowego salonu. Ewentualnie na samochodowym siedzeniu. 
Aha - nie jesteśmy też głusi na wycia i krzyki potomstwa. Niech mi Pani wierzy - są momenty kiedy to oddałabym królestwo za chwilę ciszy. I kiedy gdzieś wychodzimy, też po cichu liczymy,że będzie spokój. Bywa różnie. Jednak nauczeni doświadczeniem własnym uśmiechamy się zdawkowo, spokojnie kontynuując konsumpcję,. Wiemy bowiem, że czasem opanowanie rozochoconej i krzykliwej dzieciny jest niemożliwością nawet dla najwprawniejszego rodzica.
Idziemy dalej - światła rada na temat przewijania dziecka przed wyjściem z domu jest praktykowana przez każdą przemieszczającą się gdziekolwiek matkę. Ale siła wyższa (patrz dzieć) rządzi się swoimi prawami i za nic ma sobie fakt wyjścia do ludzi. Ba, czasem nawet taki brand new pampers działa na metabolizm pobudzająco i wtedy modlimy się, by znaleźć jakiekolwiek w miarę dogodne (i dyskretne) miejsce na pampersową wymianę. Bo jakiekolwiek przetrzymanie ubocznego produktu przemiany materii zaskutkuje Armagedonem okołopupnym, co, jeżeli dodamy do tego przykładowo etap kiełkowania, stawia rodzica na parapecie okna, zastanawiającego się nad rytualnym samobójstwem. 
Niestety do historii sikania okołopiaskownicowego odnieść się nie mogę - wszak Pulpetowa jeszcze przez dłuższy czas będzie stanowić integralną całość z panem pampersem. Ale...myślę, że jakiś krzak zawsze się znajdzie. Ewentualnie miejsce ciut bardziej ustronne. Bo przecież dzieci tak szybko się uczą. I chłoną wzorce odrodzicielskie. I nikt nie chciałby oglądać dwudziestoletniego chłopa załatwiającego swoje potrzeby w okolicy, gdzie bawi się nasze dziecko. Chociaż nie raz i nie dwa się zdarzyło sceny takie widzieć. W najróżniejszych, czasem zupełnie bezwstydnych okolicznościach przyrody.
Reasumując, wypowiedź Pani Agnieszki należy traktować z lekkim przymrużeniem oka. Chociaż bez wątpienia pewne stwierdzenia są krwioburzliwe. Myślę jednak, że kiedy autorka dorobi się własnego dziecia (z tonu wypowiedzi wnioskuję, że jeszcze to nie nastąpiło), na pewne sprawy spojrzy innym okiem. Łagodniejszym. 

Pozdrawiamy,
P&J

środa, 7 stycznia 2015

6!

Kiedy po usilnych staraniach panna Pulpetówna została w końcu z trudem wypchnięta na tą stronę brzucha termin 6 miesięcy wydawał mi się odległym o lata świetlne. Rzeczywistość jednak zweryfikowała matczyne poglądy i tak oto mam już całkiem dorosłą, półroczną pannicę. Jako, że jest to już wiek poważny to i dzieć zweryfikował kilka swoich aspektów egzystencjonalnych, o czym kilka słów dziś właśnie będzie.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Telegraficznym skrótem...

gdzie byłyśmy, jak Nas nie było i dlaczego czasem warto zrobić sobie dobrze, zostawiając laptopa w domu. 
Ani się człowiek nie obejrzał, a już ma za sobą niemalże tydzień nówki sztuki 2015. A oddechu nijak czasu nie ma jak złapać. Ale od początku...